Miałeś chamie złoty róg

Miałeś chamie złoty róg

Przed mniej więcej dziesięciu laty postawiłem tezę, że obecny paradygmat w fizyce jest fałszywy i że w rozważaniach o zasadach budowy wszechświata i funkcjonujących w nim procesów, pominięto najważniejszy aspekt.

Ten mianowicie, że nie czas jest decydującym parametrem procesów fizycznych, ale oscylująca nieciągła przestrzeń.

Przekonanie nauki, że przestrzeń jest czymś stałym i niezmiennym, natomiast czas czymś postępowo zmiennym, jest z gruntu fałszywe.

W rzeczywistości jest odwrotnie, gorzej nawet. W rzeczywistości coś takiego jak czas fizycznie nie istnieje i jest tylko iluzją spowodowaną naszą niemożnością postrzegania tego, że wszechświat zmienia się w sposób skokowy.

Tak obrazowo można to porównać do muzyki zapisanej w sposób analogowy i cyfrowy.
Obecna fizyka wierzy w to, że wszechświat jest analogowy, tak naprawdę procesy fizyczne najlepiej przybliża nam porównanie z zapisem cyfrowym. Tak na marginesie potwierdza to również idea fizyki kwantowej, mimo że użyty w niej opis, to tylko zwykły matematyczny bełkot.

Nieciągła budowa przestrzeni spowodowana jest przez jej podział na miriady pojedynczych niewyobrażalnie małych jednostek.

Ten warunek to jednak za mało i aby nasz model odwzorował nam wiernie własności wszechświata. Musimy jeszcze przyjąć, że pojedyncze jednostki przestrzeni, które nazwałem wakuolami, muszą jeszcze dodatkowo trójwymiarowo oscylować.

Jeśli na jednej osi wakuola taka osiąga największą swoją rozciągłość, to w kolejnym kierunku osiąga minimum, natomiast prostopadle do wyznaczonej przez te kierunki płaszczyzny, swoją pośrednią rozciągłość.

Konsekwencje takiego modelu budowy wszechświata pozwalają nam na wytłumaczenie w sposób spójny i konsystentny wszystkich znanych nam obserwacji fizycznych.

Co więcej pozwala nam to na wyciągniecie całego szeregu wniosków wyjaśniających zjawiska przyrodnicze nie tylko na Ziemi ale i w kosmosie.

Przez następne 10 lat poświeciłem mój „czas“ na wyszukanie tych konsekwencji i postawiłem cały szereg tez tłumaczących zjawiska fizyczne w bardzo szerokim zakresie nauk przyrodniczych.

Nie będę przytaczał tu wszystkich tych artykułów, bo ilość ich jest już w międzyczasie bardzo pokaźna, ale chciałbym zwrócić uwagę czytelników na dwa moje osiągnięcia, z których jestem szczególnie dumny.

Po pierwsze, jest to wytłumaczenie budowy materii oraz jedności materii i przestrzeni i ich wzajemnej transformacji,


oraz wytłumaczenia zjawisk kwantowych na zasadzie geometrii pojedynczych „fotonów“.


Oczywiście przy okazji wyjaśniłem też cały szereg innych zjawisk w przyrodzie i jeśli kogoś to zainteresuje, to znajdzie on te artykuły w internecie, musi jednak zadać sobie trochę wysiłku, ponieważ artykuły te podlegają niestety cenzurze, bo lewactwo i ciemnogród, które opanowały środki masowego przekazu, robią wszystko aby utrudnić upowszechnienie moich idei w społeczeństwie.

Jednym z ciekawszych wniosków wynikających z mojej „teorii wszystkiego” jest to, że oscylujące wakuole tworzą pole oscylującej przestrzeni, którego charakterystyka zależna jest od zjawiska modulacji tej przestrzeni przez znajdujące się w niej skupienia materii.


Pole te nazwałem Tłem Grawitacyjnym i tłumaczy ono również takie zjawisko jak grawitacja we wszechświecie.

Oczywiście oznacza to również, że tak zwana „siła grawitacji” jest jeszcze jedną bajeczką współczesnej fizyki i tak naprawdę „siła” ta nie istnieje, a jest jedynie artefaktem istnienia Tła Grawitacyjnego.


Pojecie Tła Grawitacyjnego pozwala nam jednak na to, aby wnioskować, że skupienia materii jakie tworzy Układ Słoneczny muszą oddziaływać na charakterystykę tego pola, a to z kolei musi prowadzić do wystąpienia całego szeregu zjawisk na ich powierzchni.


Te konsekwencje musi odczuwać również nasza centralna gwiazda.

Po szczegółowej analizie udowodniłem już przed około 10 laty, że takie zjawiska na Słońcu jak np. cykl słoneczny, aktywność słoneczna oraz pojedyncze erupcje słoneczne są spowodowane zmianami Tła Grawitacyjnego wywołanymi specyficznym geometrycznym układem mas pojedynczych komponentów Układu Słonecznego, czyli najczęściej planet i ich księżyców.





Te dowody są tak oczywiste, że doprawdy zakrawa to już na cud, że trzeba było czekać aż 10 lat na to, aby również „naukowcy” odważyli się wyjść ze swoich zatęchłych nor i spojrzeć prawdzie prosto w oczy.

Widocznie czekali aż ludzie zapomną o tym, że już od 10 laty zwracam uwagę na to jak naprawdę funkcjonuje nasza rzeczywistość.

W każdym razie właśnie ukazał się artykuł niemieckich „naukowców” który statystycznie potwierdzili istnienie jednoznacznej korelacji układu planet, a konkretnie ustawienia się tych planet w „jednej linii”, z aktywnością słoneczną i zmianami pola magnetycznego oraz cyklami słonecznymi. Ta korelacja jest tak silna, że nie znaleziono żadnego odstępstwa od tej reguły.

Patrz poniższy link





Fizyczne wyjaśnienie tego zjawiska przez „naukowców” możemy sobie darować, bo to tylko rozpaczliwa próba obrony ich zdegenerowanej fizyki.

To, że zrobili to akurat niemieccy „naukowcy” nie dziwi, bo przed laty publikowałem moje artykuły również po niemiecku, a więc mieli oni bezpośredni dostęp do moich idei.

Na tym przykładzie widać jakich debili mamy w polskiej nauce, bo mimo tego, że te informacje udostępniłem głównie po polsku „nasi” ciężko nierozgarnięci naukowi szarlatani dalej bredzą coś o sile grawitacji i mieszają w głowach ludziom narzuconymi im przez Zachód wyssanymi z palca bzdurnymi teoriami.

Jeszcze raz potwierdza się głęboka prawda słów Wyspiańskiego dotycząca naszego narodu.

„Miałeś chamie złoty róg”

Tak przy okazji możemy spojrzeć na aktualną sytuację planet w Układzie Słonecznym w aspekcie wniosków wypływających z mojego modelu i zastanowić się nad tym, czego możemy się w najbliższym czasie na Ziemi spodziewać.

Aktualnie sytuacja wygląda tak:



Widzimy, że już w najbliższym czasie Ziemia znajdzie się w strefie zwiększonych oscylacji Tła Grawitacyjnego spowodowanych bliskim kątowym położeniem Jowisza i Saturna względem Słońca.

Ziemia przez ostatnie miesiące przemierzała samotnie przestrzenie naszego Układu Słonecznego co spowodowało, że również oscylacje materii ziemskiej spadły, dostosowując się do panujących tam wartości, a tym samym również spadła temperatura tej materii. Zmieniły się też stosunki gazów w atmosferze oraz ilość wchłoniętej przez atmosferę wody, osiągając maksymalne wartości.

Również globalna aktywność geofizyczna była mniejsza i tak na przykład ilość i siła trzęsień ziemi w ciągu ostatnich miesięcy była niewielka.

Już od kilku ostatnich tygodni obserwujemy jednak zmiany i zjawiska geofizyczne na Ziemi przybierają na sile. W ciągu najbliższych 10 dni sytuacja zmieni się radykalnie. Ziemia wejdzie w strefę wysokiego TG i to zmieni stosunek i wielkość wszystkich parametrów fizycznych.



Zdolność atmosfery do pochłaniania pary wodnej spadnie, co doprowadzi do jej przesycenia i silnych opadów atmosferycznych. Wprawdzie sytuacja znormalizuje się szybko, ale za to pojawią się zagrożenia ze strony trzęsień ziemi huraganów i wybuchów wulkanów, które to reagują z opóźnieniem na tego typu zmiany.

Sytuację zaogni również to, że 02.07.2019 dojdzie dodatkowo do zaćmienia słonecznego obejmującego Chile.



Jeśli mieszkańcy tego państwa będą mieli pecha, to zanim Ziemia opuści strefę wysokich wartości TG w dniu 09.07.2019, może tam dojść do silnego trzęsienia Ziemi połączonego z tsunami.



To zagrożenie na tym obszarze będzie się jeszcze utrzymywać dalej, choć z upływem każdego kolejnego miesiąca potencjalne niebezpieczeństwo bardzo silnego trzęsienia ziemi powinno maleć.

W ciągu okresu wysokich wartości TG, po zmniejszeniu nasycenia parą wodną atmosfery, można spodziewać się globalnie znacznych wzrostów temperatury atmosfery i suszy na większości obszarów Ziemi.


Jak Piastowie produkowali najlepszą w średniowieczu stal

Jak Piastowie produkowali najlepszą w średniowieczu stal

Na temat wytopu stali w piecach zwanych dymarkami napisano już wiele i często w tonie który sugeruje, że ten proces nie ma przed nami żadnych tajemnic.

Oczywiście jeśli poczytamy na ten temat więcej to zauważymy, że ten optymizm jest przedwczesny i że tak naprawdę pozytywne wyniki w próbach naśladowania tego wytopu uzyskuje się tylko wtedy, kiedy stosuje się urządzenia i technologie wprowadzone setki lat później.

Co niektórzy nie wahają przed użyciem elektrycznego nawiewu powietrza aby uzyskać metal.

Oczywiście takie podejście jest czystą parodią i nie ma nic wspólnego z celem zgłębienia tajemnic naszych przodków.

Tylko w przybliżeniu wiadomo jak taki piec musiał wyglądać.

Ponieważ zachowały się tylko resztki tych pieców, często ograniczone do pozostałości po wytopie, to odtworzenie ich wyglądu oraz technologi budowy, nie mówiąc już o samym procesie wytopu, bazuje mniej lub bardziej na przypuszczeniach i fantazji autorów takich rekonstrukcji.

Niestety ta fantazja ogranicza się, w większości przypadków, do przyozdabiania takich dymarek mniej lub bardziej udanymi reliefami oraz przebierania się w mniej lub bardziej udane kostiumy, natomiast w dziedzinie nowych idei w budowie i doskonaleniu technologii takiego pieca panuje kompletny zastój już od dziesięcioleci.

Aby zrozumieć dalszy ciąg tego tekstu warto zapoznać się z podstawowymi wiadomościami na ten temat.

W tym przypadku nie będę zachęcał do „polskiej Wikipedii”, bo też jak zwykle, artykuł w niej nie wysila się nawet na odrobinę obiektywizmu.

Lepiej przeczytać np. to:


Nie zaszkodzi również parę informacji o metodach redukcji tlenków żelaza i technologii wytopu stali.


Uzbrojeni w tę wiedzę możemy się teraz zastanowić nad tym, jak powinien funkcjonować taki piec aby w najprostszy, a jednocześnie najbardziej efektywny sposób, spełnił swoje zadanie.

Możemy oczywiście od razu wykluczyć te metody, których opis jest dostępny w internecie, z prostej przyczyny, bo albo one nie funkcjonują, albo wynik wytopu jest tak mierny, że z uzyskanego żelaza w żaden sposób nie dałoby się zrobić coś porządnego.

Niestety nie wystarczy uzyskać trochę żelaza. Metal ten musi również spełniać cały szereg warunków, aby znalazł praktyczne zastosowanie. Tym zastosowaniem najczęściej była produkcja broni, szczególnie mieczy i tu nie można było sobie pozwolić na fuszerkę.

W przypadku mieczy z napisem „Nasz obrońca Hrast” (Ulfberht) mamy jednak do czynienia nie ze zwykłym żelazem, ale ze stalą wyprodukowana podłóg wysoce zaawansowanej technologii i o fantastycznych własnościach, wyprzedzającą osiągnięcia hutnictwa o stulecia.

Dotychczasowe próby rekonstrukcji tych pieców bazują na założeniu, że były to mniej lub bardziej cylindryczne budowle postawione nad wykopanym w ziemi dołkiem o głębokości około 30 cm, a następnie wypełnione naprzemiennymi warstwami rudy i węgla drzewnego.

Schematyczny rysunek takiego pieca widzimy poniżej.


W Polsce nazywamy go dymarką albo piecem dymarskim.

W języku niemieckim nazywany jest „Rennofen”.

Jest to ciekawa nazwa, bo Niemcy jak zwykle interpretują ją przezabawnie twierdząc, że pochodzi od słowa „rennen – biec” i odnosi się do ciekłej szlaki wypływającej (biegnącej) z pieca w procesie wytopu.

Oczywiście jest to tak samo infantylna etymologia, jak już omawialiśmy to na przykładzie Longobardów.


Nazwa Rennofen jest pochodzenia słowiańskiego, bo też jedynie Słowianie stosowali ten sposób produkcji żelaza i odnosi się do wsadu rudy jaką używano do wytopu żelaza.

Pierwsza część nazwy tego pieca odnosiła się pierwotnie do określenia „Ruń”, które jeszcze niedawno było w powszechnym użyciu i które współcześnie zostało wyparte w języku codziennym przez określenie „Darń”.

Tak więc pierwotnie na terenach niemieckich piec ten nazywano po prostu „piecem darniowym” albo z niemiecka „Ruńofen” by następnie przekształcić tę nazwę na inną związaną ze słowem „rennen”, aby zatrzeć słowiańskie pochodzenie tej technologii.

Już tylko ta nazwa wskazuje, że od samego początku stosowano rudę darniową jako źródło żelaza. Dopiero w miarę pogłębiania doświadczeń i doskonalenia technologi, naszym przodkom udało się wykorzystać rudę żelaza innego pochodzenia.

Ta wskazówka pozwala nam również na rekonstrukcję tego, w jaki sposób po raz pierwszy doszło do wyprodukowania metalicznego żelaza.

O wszystkim zadecydował jak zwykle przypadek.

Aby wytopić miedź i wyprodukować jej stopy konieczne jest użycie węgla drzewnego. W miarę wzrostu zapotrzebowania na ten metal wzrastało też zapotrzebowanie na węgiel drzewny, który zaczęto wypalać w mielerzach, czyli w dużych stosach drewna przykrytych runią i ziemią.

Przypadkowo zdarzało się, że ruń ta pochodziła ze złoża darniowej rudy żelaza i na skutek nieuwagi węglarza lub z innego powodu, proces produkcji węgla nie został w odpowiednim czasie przerwany, ale stóg drewna płonął dalej, aż do jego kompletnego wypalenia się.

W popiele po wypalonym stogu jakiś nasz przodek zauważył błyszczące okruchy metalu który okazał się kowalny i z którego można było wyprodukować metalowe wyroby.

W trakcie pirolizy węgla drzewnego wytwarzają się w dużych ilościach gazy składające się głownie z tlenek węgla oraz wodoru.

Oba są doskonałymi reduktorami tlenków żelaza i mielerze stanowią optymalne środowisko dla takiego procesu.

Końcowy wzrost temperatury związany ze spaleniem się węgla drzewnego pozwolił na oddzielenie metalicznego żelaza od skały płonnej i wykształcenia się większych jego grudek. Ten sposób wytopu stosowano następnie przez setki lat zanim poznano jego tajemnice na tyle, aby podjąć budowę dymarek.

To jednak kłóci się z powszechną propagandą, że żelazo nauczono się wytapiać na Bliskim Wschodzie.

To przekonanie jest bezpodstawne.

Żelazo znane było Słowianom równie dawno jak brąz, ale dopóki złoża cyny w Sudetach nie były wyczerpane, produkcja brązu była łatwiejsza i i mniej pracochłonna niż żelaza i to ostatnie wykorzystywano zapewne tylko sporadycznie.

Umiejętności wytopu żelaza na Bliski Wschód przyniosły ze sobą ludy słowiańskie w trakcie podbojów tych terenów przez Hyksosów.


Ta hipoteza pozwala nam na wyciągnięcie wielu interesujących wniosków.

Po pierwsze do produkcji żelaza wykorzystano proces znany naszym przodkom przy wytwarzaniu węgla drzewnego.

Po drugie redukcja żelaza następowała w niskich temperaturach pomiędzy 600 a 800°C, aby w końcowej fazie, w trakcie spalania węgla drzewnego, osiągnąć wartości powyżej 1200°C.

Te obserwacje zostały następnie wykorzystane do tego aby zbudować piec w którym ten proces działałby jeszcze bardziej efektywnie i do powstania dymarek.

Wytop żelaza w dymarkach nie przebiegał jednak tak jak to przedstawiają „naukowcy”, czy też liczne grupy rekonstrukcyjne.


W gruncie rzeczy był on identyczny z procesem wytwarzania węgla drzewnego.
Na to wskazują pozostałości archeologiczne oraz rozliczne wykopaliska takich dymarek.

Jak powszechnie wiadomo istnieją zasadnicze różnice pomiędzy wynikami współczesnych wytopów żelaza w rekonstrukcjach dymarek, a obserwacjami na stanowiskach archeologicznych.

Zauważono bowiem, że żużel i szlaka z wykopalisk nie zawierają prawie domieszek żelaza!!!!

Co więcej górna powierzchnia kloca szlaki jest jednorodna, co spowodowało wprowadzenie pojęcia „powierzchni swobodnego krzepnięcia”. Powierzchnia ta świadczy o tym, że szlaka spływała do dołka dymarki w rezultacie jednorazowego aktu w końcowym etapie procesu wytopu.

Co więcej, 300 kilowe kloce żużla wskazują na możliwość wielokrotnego wykorzystania takich dymarek, co pozwalało na zebranie się tej olbrzymiej masy szlaki, jako efekt następujących po sobie wytopów w tym samym piecu.

Trzy obserwacje pozwalają nam na konkretyzację budowy takiego pieca.

Na poniższym zdjęciu widzimy przekrój dołka dymarki, na którym widać, że szlaka z wytopu nie zajmuje całego dołka dymarki, ale występuje lokalnie w formie pojedynczego cylindrycznego sopla.



Następną ciekawą obserwacją jest to, że często dymarki budowano tak ciasno, że nachodziły one jedna na drugą. Nie było to spowodowane brakiem miejsca, ale musiało mieć inne, najprawdopodobniej technologiczne przyczyny. Niektórzy sugerują, że częściowo rozbijano stare kloce żużla aby zrobić miejsce pod nowy dołek pod dymarką, ale nie może być to prawdą, bo wysiłek z tym związany w żaden sposób nie mógł być uzasadniony.



Trzecią obserwacją są cylindryczne fragmenty szlaki o średnicy 7 do 10 cm interpretowane jako odlew szlaki która zalała otwory napowietrzające dymarki.

Taka interpretacja ma swoje słabe strony, bo otwory takie powinny przebiegać poziomo i jest mało prawdopodobne aby szlaka zdołała wypełnić je na całej ich wysokości, szczególnie że mogła przecież spływać swobodnie do dołka pod dymarką.

Te trzy obserwacje nie udało się dotychczas połączyć w logiczny sposób ze sobą, mimo że dotyczą one tego samego procesu technologicznego, a więc powinny też w tym procesie znaleźć swoje sensowne miejsce.

Te problemy z wyjaśnieniem zasady działania piecy dymarskich mogą wynikać z tego, że nie istniał jednolity plan ich budowy.

Można przyjąć, że i w tym przypadku istniał ciągły proces doskonalenia sposobu wytopu żelaza i technologii budowy pieca dymarskiego.

Tak jak to już proponowałem, wytop żelaza wywodzi się pierwotnie od mielerza do produkcji węgla drzewnego.


Jako kolejne udoskonalenie wprowadzono wypełnienie miejsca, po wyjętej drewnianej „duszy” mielerza, rudą darniową.



Ta metoda zwiększyła ilość wytopionego żelaza, ale wydajność wytopu, w porównaniu do ilości użytych surowców, była zapewne bardzo niska. Tę technologię stosowali zapewne słowiańscy Hyksosi i Hetyci.

Kolejny etap rozwoju to zastąpienie drewnianej duszy mielerza cylindryczną rurą wykonaną albo z plecionki albo z kory zdjętej z pnia brzozy i obłożonej polepą glinianą, wokół takiej rury układano drewno tak jak w mielerzu.
Rurę tę, czyli właściwą dymarkę, zaopatrywano w otwory w dolnej jej części, przez które wydostawały się na zewnątrz gazy powstałe w rezultacie procesu uwęglania drewna, lub też stawiano bezpośrednio na warstwie drewna. Rurę wypełniano rudą darniową tak, aby gazy z pirolizy mogły się przez nią przemieszczać i prowadzić do redukcji tlenków żelaza w relatywnie niskich temperaturach.



Aby zwiększyć siłę ciągu, gazy te były spalane przy wylocie z dymarki, co dodatkowo zwiększało jej temperaturę.

Wadą tego sposobu wytopu była jego jednorazowość oraz słaba jakość żelaza wymieszanego często z żużlem. Metoda ta pozwalała jednak na szybką produkcję dużych ilości metalu.

Taka budowa dymarki tłumaczy również to, dlaczego dymarki naszych przodków nie pękały na skutek nacisku żużla i żelaza na jej ścianki w procesie wytopu i dlaczego ścianki antycznych dymarek były tak nieprawdopodobnie cienkie w stosunku do ich objętości.

Współcześnie budowane dymarki, aby obejść ten problem, mają ściany grube jak w bunkrze i mimo to często dochodzi do ich pęknięcia. Antyczne dymarki stabilizował z zewnątrz kopiec mielerza i można je było załadować rudą aż po wierzch, bez obawy ich pęknięcia.

Szczytowym osiągnięciem tej technologii była miniaturyzacja tego procesu.

Polegało to na ograniczeniu go tylko do rury z kory brzozowej postawionej nad wykopanym wcześniej dołkiem w ziemi oraz na umieszczeniu w niej mniejszej rury z tej samej kory o średnicy ok. 10 cm wypełnionej rudą darniową i prawdopodobnie węglem drzewnym? w kawałkach, jednak tak aby gazy pirolityczne mogły w miarę swobodnie przepływać przez tę rurę. Obie rury były oblepione polepą glinianą.

Pozostałą objętość dużej rury wypełniano drobno pociętym, wysuszonym chrustem drewnianym. Zapłon tego pieca następował od góry, a przez otwory w jego dolnej części napływało powietrze do strefy pirolizy drewna.

W efekcie tworzył się gaz drzewny złożony głównie z tlenku węgla i wodoru o silnych własnościach redukcyjnych, który wypływał następnie przez mniejszą rurę z kory brzozowej z pieca i ulegał spaleniu, dając płomień o wysokiej temperaturze.

Ilość i jakość produkowanego gazu drzewnego regulowano poprzez zwiększanie lub ograniczanie ilości dopływającego powietrza do strefy pirolizy oraz zasłanianiem górnego otworu dymarki.

W końcowym etapie następowało spalanie świeżo wytworzonego węgla drzewnego, który uzupełniano jeszcze dosypywaniem dodatkowych jego ilości przez górny otwór dymarki.

Na tym etapie wykonywano zapewne w ściankach dymarki dodatkowe otwory w środkowej jej części aby zwiększyć dopływ powietrza i temperaturę spalania węgla. Ponieważ w tej konstrukcji grubość ścianek pieca była niewielka, zrobienie dodatkowych otworów nie nastręczało żadnych problemów.

W efekcie następowało szybkie upłynnienie szlaki i jej spływ do dołka, natomiast żelazo pozostawało w rurze tworząc gąbczastą strukturę przyczepioną do jej ścianek.

W ten sposób uzyskiwano wyjątkowo czystą stal bez domieszek szlaki czy też węgla drzewnego i gotową do natychmiastowej obróbki.

Nie jest wykluczone, że wysoka temperatura panująca w trakcie spalania gazów pirolitycznych umożliwiała częściowe upłynnienie tego żelaza w tyglach i produkcję mieczy z jednorodnej stali i o precyzyjnie dobranej charakterystyce stopu żelaza z węglem, tak jak obserwujemy to na przykładzie mieczy z napisem „Nasz obrońca Hrast”.

Ta konstrukcja miała trzy podstawowe zalety.

Po pierwsze jednorazowa ilość żelaza lub stali była wprawdzie mniejsza, ale wystarczająca do wyprodukowani potrzebnych w tamtych czasach wyrobów.

Po drugie dostęp do pieca był swobodny, co umożliwiało wykorzystanie płomienia spalanych gazów do dalszej obróbki metalu.

Po trzecie, i to było najważniejsze, piec ten nadawał się do wielokrotnego użytku.

Wystarczyło wyjąć z niego mniejszą rurę z polepy i rozbić ją, aby wybrać znajdujące się w niej czyste żelazo. Po ponownym przygotowaniu pieca można było ten proces powtórzyć po raz kolejny. Pozwalało to też na wykorzystanie ciepła zmagazynowanego w szlace i żużlu po poprzednim wytopie i tym samym polepszało efektywność produkcji stali.

W związku z tym szacunki ilości produkowanego żelaza na terenach słowiańskich są zapewne wielokrotnie zaniżone i plemiona te produkowały fantastyczne ilości tego metalu zaopatrując w stal cały antyczny świat.

Taka konstrukcja wyjaśnia nam też te trzy obserwacje które opisałem poprzednio.

Użycie rury z kory brzozowej o niewielkiej średnicy tłumaczy to, dlaczego w niektórych dymarkach obserwuje się pojedyncze cylindryczne sople szlaki nie wypełniające całego dołka dymarki. Występowało to wtedy, kiedy zbudowaną dymarkę użyto tylko jednorazowo i uzyskane żelazo zaspakajało bieżące potrzeby.

Nachodzenie jednych kloców żużla na drugie związane było z tym, że ułatwiało to wypływ szlaki z rury z rudą, bo można ją było oprzeć częściowo na starym klocu żużla i szlaka mogła swobodnie wypływać do nowego dołka dymarki. Poza tym jeśli budowa nowej dymarki następowała natychmiast po wypełnieniu dołka szlaką w dymarce poprzedniej, to ciepło tam zgromadzone dodatkowo usprawniało wytop stali w dymarce nowo zbudowanej.

Znaleziska cylindrycznych walców szlaki było rezultatem tego, że niekiedy w trakcie wytopu rura z rudą zmieniała swoja pozycje tak, że dolna jej część opierała się bezpośrednio o dno pieca, uniemożliwiając wypływ szlaki. Po ostudzeniu i rozbiciu polepy taki walec szlaki był traktowany jako odpad i lądował na wysypisku.

Taka budowa pieca tłumaczy też to, dlaczego wypływ szlaki do dołka dymarki był procesem jednorazowym, ponieważ strefa upłynniania szlaki przesuwała się stopniowo od góry do dołu i dopiero po osiągnięciu dolnego brzegu rury, zgromadzona w niej szlaka mogła jednorazowo spłynąć do kotlinki.

Na niektórych zdjęciach dymarek z wykopalisk widoczne są nawet fragmenty takich rur kiedy uległy one przypadkowemu pęknięciu i wtopiły się częściowo w szlakę. Interpretacja takiego zdjęcia jako otwór napowietrzający jest oczywiście fałszywa, bo rura ta nie jest wypełniona w najmniejszym stopniu szlaką, co powinno jednak w tym przypadku nastąpić.



Jak widzimy przyczyny niepowodzeń w wytopie stali w rekonstrukcjach dymarek wynikały z niezrozumienia funkcji znajdowanych w wykopaliskach pozostałości oraz fałszywych założeń ich budowy.

Na podstawie tej analizy możemy stwierdzić, że dymarki świętokrzyskie należały do ostatniego opisanego przeze mnie typu, dymarki tarchalickie natomiast do typu mielerza z zewnętrznym spalaniem.

Co w takim razie ze stalą mieczy z napisem „Nasz obrońca Hrast”.

Wydaje się, że ich tajemnica kryje się już w samej nazwie grodu Niemcza, który tak bardzo chciał zdobyć Heinrich II.


Gród ten leżał na szlaku handlowym pomiędzy Rzymem i Konstantynopolem a ujściem Odry i teoretycznie mógł być zapewne często odwiedzany przez wędrujących z południa na północ i odwrotnie kupców. Tym chętniej, bo miał on do zaoferowania w tym czasie najlepszą stal na świecie.

Już to wystarczało, aby nadać mu tę nazwę, bo wśród mieszkańców tego grodu znaczną cześć mogli stanowić obcokrajowcy, a więc „niemcy”. W tym przypadku nazwa ta nie dotyczyła naszych zachodnich sąsiadów, ale generalnie obcokrajowców, mówiących innym niż słowiański językiem.

Istnieje jednak również inna możliwość interpretacji tej nazwy i tę uważam za bardziej prawdopodobną i logiczną.

Można być pewnym tego, że tajemnica produkcji tych mieczy musiała być chroniona na wszelkie możliwe sposoby.

Władcy piastowscy zdawali sobie doskonale sprawę z tego, że ich władza i zdolności wojenne ich państwa zależne są od utrzymania technologicznej przewagi w produkcji takich mieczy nad ich potencjalnymi przeciwnikami.

Wydaje się więc zrozumiale to, iż mieszkańcy tego miasta musieli zaprzysiąc milczenie wobec obcych odwiedzających to miasto. Stąd nazwani zostali „niemcami” a ich miasto otrzymało imię Niemcza, a więc miasto którego mieszkańcy nie rozmawiają z obcymi.

Nie jest też wykluczone, że było to miasto zamknięte i jakakolwiek próba kontaktu z ludnością grodu był absolutnie zabroniona i karana śmiercią.

Jest prawdopodobne, że w Europie umiejętność wytopu wysokojakościowego żelaza i stali w dymarkach typu świętokrzyskiego, którą opanowali Wandale (Wawelanie, Wendowie), zanikła po tym jak dżuma Justyniana zdziesiątkowała mieszkańców Europy, a w tym szczególnie Słowian.


To właśnie te umiejętności pozwoliły Słowianom na podbij Rzymu i całej ówczesnej Europy ponieważ dysponowali oni zdecydowanie najlepszym jakościowo uzbrojeniem.


Możliwe również, że przez przypadek umiejętności te zachowały się w rejonie Sudetów, w tym w rejonie Niemczy ponieważ tam, z racji odosobnienia tego rejonu, dżuma Justyniana nie dotarła.

Kiedy na skutek wojen z plemionami madziarskimi zapotrzebowanie na broń wzrosło i w całym kraju zaczęto masowo kuć miecze to zauważono, że stal którą wytapiali hutnicy w Niemczy przewyższa o niebo swoją jakością wszystko to, co wytwarzano gdzie indziej na świecie i wykute z niej miecze stały się prawdziwą „Wunderwaffe” Piastów.

Można założyć, że kowale i hutnicy wiedzieli dokładnie, że taką stal można wytopić tylko z rudy darniowej z rejonu Ślęży i tę tajemnicę wzięli ze sobą do grobu.

Razem z nimi zanikła też umiejętność budowy dymarek typu świętokrzyskiego i trzeba było czekać prawie 1000 lat na to, aby umiejętności hutnicze pozwoliły na ponowne wyprodukowanie stali o porównywalnej jakości.


Miecz Czcibora i cesarskie klejnoty koronacyjne Bolesława Chrobrego

Miecz Czcibora i cesarskie klejnoty koronacyjne Bolesława Chrobrego

Odczytanie inskrypcji na mieczu „Ulfberht” jest kolejnym potwierdzeniem mojej tezy, że chrześcijaństwo stało się religią Słowian znacznie wcześniej niż wmawiają nam to historycy bo było, a trzeba to konsekwentnie stwierdzić, jedynie niewielką modyfikacją kultu herosów Lele i Polele. Inaczej nie można wytłumaczyć tego, dlaczego ten nawiązujący do Chrystusa napis stosowano na mieczach i to już od VIII wieku.


Te tezy uzyskują dodatkowo potwierdzenie dzięki analizie kolejnego napisu na mieczu znalezionym w miejscowości Schwedt nad Odrą.

Miejsce jest o tyle ciekawe, bo znajduje się jak kamieniem rzucił od miejscowości Cedynia, pod którą to doszło do bitwy Mieszka I z nacierającymi z zachodu Sasami. Bitwa ta była symbolicznym momentem w historii Polski, bo wykazała wyższość oręża polskiego nad Sasami i zapoczątkowała okres budowy Imperium Piastów.

Można być prawie pewnym tego, że miecz ten był świadkiem tych wydążeń, a analiza napisu wskazuje, że należał on do jednego z wojów Mieszka. Z racji wartości takiego miecza mógł go posiadać ktoś naprawdę znaczący, dlatego jestem prawie pewien tego, że mamy tu do czynienia z mieczem brata Mieszka I, Czcibora który zginał w tej bitwie.


Nie można nie zauważyć, a co skrzętnie pomijane jest przez historyków, że napis na tym mieczu wykazuje jednoznaczne powiązania z cyrylicą i to zdecydowanie większe niż w poprzednim przykładzie. Trzeba więc przyjąć, że powstał on przed czasem w którym zaznaczyły się wpływy Kościoła Katolickiego na obszarze jego produkcji.

O tym, że w Polsce Piastowskiej cyrylica i głagolica były bardzo rozpowszechnione i używane powszechnie przez ludzi wykształconych pisałem np. tu:


Wykorzystanie w tym napisie znaków cyrylicy oraz alfabetu starosłowiańskiego świadczy jednoznacznie o tym, że był to miecz słowiański i że musieli wyprodukować go nasi przodkowie.

Zacznijmy jednak od analizy napisu. 



Pierwsza litera to typowe „N” z cyrylicy. Następna to równie typowe „A” w formie identycznej zarówno z alfabetem łacińskim jak i cyrylicą czy też alfabetem starosłowiańskim.

Kolejna litera to „SZ” pisane tak jak w starosłowiańskim.

Wyraz czytamy tak jak poprzednio „NASZ

Następna litera jest bardzo ciekawa.



jest to oczywiście typowa litera „B” z cyrylicy ale jednocześnie jej górna cześć przekształca się w łacińskie „V” czytane jak nasze „W”. Jest to przykład litery tak jakby dwujęzycznej.

Zarówno w rosyjskim jak i w polskim występuje kompletne pomieszanie z poplątaniem przy wyrazach posiadających litery „W” lub „B”, również w tych dotyczących obrony lub walki.

Dla przykładu mówimy „bronić” z literą „B” na początku, ale określamy budowle obronne słowami „Warownia” lub „Obwar”.

Po polsku nazywany rycerzy „wojami” ale po rosyjsku to już „bojary”.

Najprawdopodobniej już w czasach Mieszka występował podobny problem i w tym przypadku literę „B” zapisano również tak by można ja było czytać równolegle jako „W”
Dalsze litery wyrazu są identyczne, poza ostatnią literą „Y” która odpowiada naszej „J” ale zapisana została w cyrylicy.

Cały wyraz czytamy więc jako „BERJ” lub „WERJ”

ostatni wyraz to już wyżej omówiony symbol Jezusa „Hrast”.

Tak więc napis czytamy jako:

NASZ WERJ HRAST

i tłumaczymy na współczesny polski jako:

NASZ OBROŃCA HRAST (CHRYSTUS, WYRWIDĄB)


Czyli mamy tu do czynienia z identycznym napisem jak na poprzednim przykładzie, mimo pewnych różnic stylistycznych i językowych.

Odczytanie tych dwóch inskrypcji pozwala nam na wyciągniecie daleko idących wniosków.

Po pierwsze napisy te są w języku słowiańskim, na pograniczu polskiego i rosyjskiego. Nie jest to nawet zaskakujące, ponieważ w tym czasie nie było żadnych istotnych różnic językowych pomiędzy Rosjanami i Polakami i dopiero późniejsze stosowanie odrębnych alfabetów oraz przynależność do rożnych sekt chrześcijańskich podzieliło nasz naród tak znacznie, że ukształtowały się odrębne języki i oddzielne narody.

Po drugie musimy stwierdzić, że miecze te musiały powstać na terenach słowiańskich.

Po trzecie miecze te wywodzą się z kultury związanej ściśle z chrześcijaństwem i były świadkiem przemian religijnych w Europie Środkowej.
W początkowym okresie dominował obrządek ariański, potwierdzony obecnością znaków literowych alfabetu starosłowiańskiego,


następnie zaznaczył się wpływ obrządku słowiańskiego, co spowodowało użycie również znaków znanych nam z cyrylicy,


by na koniec przejść do liter łacińskich związanych z przejęciem przez mieszkańców Polski obrządku łacińskiego.

Ponieważ udało się nam zawęzić obszar powstania tych mieczy do terenów słowiańskich, czas teraz na uściślenie miejsca ich produkcji.

W tym celu zajmijmy się dowodami uzyskanymi w wyniku badań metalurgicznych jak i związanych z tym analiz chemicznych.

W trakcie tych analiz stwierdzono między innymi, że stal tych najlepszych mieczy, pomimo że bardzo czysta, zawiera jednak domieszki takich metali jak mangan i chrom. Metale te polepszają dodatkowo własności takiej stali.

Jednak nie we wszystkich rudach żelaza występują takie domieszki manganu i chromu.
Wyjątek stanowią rudy darniowe które z racji swoich filtrujących własności są w stanie pochłaniać znaczne ilości rozpuszczonych w wodzie metali rzadkich.

Potwierdzeniem tego jest użycie drutu stalowego o wysokiej zawartości niklu z którego wykonane zostały napisy na mieczach. Taki stop stali nie jest łatwy do uzyskania, bo domieszki niklu w rudzie żelaza nie są powszechne.

Dlatego więc aby ograniczyć teren produkcji takiej stali musimy poszukać miejsca w Europie, która spełnia warunki występowania tych wszystkich metali na relatywnie niewielkim obszarze, tak aby istniało tam prawdopodobieństwo wytworzenia tak wysokiej jakości stali.

Wskazówkę co do tego dają nam sami Niemcy, a konkretnie wyprawa uzurpatora Henryka II na Polskę w roku 1017.

W trakcie tej wyprawy Henryk II nie zaatakował ani Poznania, oni Wrocławia, a więc te miasta w których znajdowały się struktury rządzenia państwem i których przejęcie zapewniłoby mu kontrolę nad całym krajem, ale znacznie mniejszą miejscowość Niemcza.

Co skłoniło jednak uzurpatora Henryka II, władcę Niemców, do zaatakowania z olbrzymią jak na tamte czasy, bo 12000 tys. armią, tego leżącego na uboczu niewielkiego grodu.

Jego armia szła z zachodu od Magdeburga. Zarówno do Poznania jak i do Wrocławia było znacznie bliżej i Niemcza nie znajdowała się wcale na trasie takiego przemarszu. „Polska Wikipedia” kłamie kiedy sugeruje czytelnikom, że zdobycie tego miasteczka było koniecznością aby zaatakować Wrocław.


Dlaczego więc Heinrich II decyduje się na zaatakowanie tego strategicznie, zdawałoby się, nieznaczącego gródka.

Oczywiście nie było to przypadkiem. Można się łatwo domyśleć, że celem Heinricha II było gospodarcze wyniszczenie imperium Piastów.

Na tym obszarze górnictwo i hutnictwo metali miało już w czasach Piastów tysiącletnią tradycję.

Rejon ten należy do nielicznych w Europie, gdzie na niewielkim obszarze występuje olbrzymia różnorodność rud metali, prawie że z całej tablicy Mendelejewa.

Już od czasów neolitu wydobywano tam najpierw nefryt, potem złoto, miedź, cynę, cynk itd. aby z nastaniem epoki żelaza podjąć produkcję i tego metalu. Na skutek wielowiekowych doświadczeń tutejszych hutników i wyjątkowego składu mineralnego użytych w produkcji rud żelaza,
udało się tutejszym hutnikom i kowalom wyprodukować stal o znakomitych własnościach.

Ten rewolucyjny wynalazek dokonał się gdzieś w początkach VIII wieku. W tym też czasie wzrosła konieczność obrony własnych terytoriów przez Słowian.

Nad Europą zawisło niebezpieczeństwo najazdów plemion węgierskich. Sprowadzeni przez cesarzy Bizantyjskich do Europy Węgrzy bardzo szybko wyzwolili się spod ich kurateli i swoimi najazdami szerzyli panikę w całej ówczesnej Europie.

Bardzo ciekawie wygląda mapka tych napadów.



Jak widzimy tereny obecnej Polski tylko w początkowym okresie bytności Węgrów w Europie stały się celem ich napaści.

Najprawdopodobniej lanie jakie sprawili im nasi przodkowie było dla nich nauczką na zawsze i po roku 901 na tereny Polskie nie zapuściły się już nigdy zagony Węgrów
.
Przyczyniła się do tego zapewne również przewaga technologiczna broni używanej przez Polaków.

Te napady wymusiły jednak konieczność obrony ludności przez niespodziewanymi rajdami Węgrów. Stało się to zaczynem budowy umocnionych grodów i te nagle zaczęły powstawać w Polsce od polowy VIII wieku jak grzyby po deszczu.

Jednocześnie zewnętrzne zagrożenie uświadomiło wszystkim plemionom konieczność stworzenia silnej władzy centralnej zdolnej do koordynacji obrony słowiańskiego terytorium i otworzyło drogę do władzy potomkom Merowingów.


Był to początek wzrostu znaczenia dynastii Piastowskiej.

Datowanie mieczy „ULFBERHT” zgadza się też z obserwacjami zmian społecznych w rejonie Niemczy. Produkcja tych mieczy zaczyna się w tym samym czasie co powstanie grodu.

Jednocześnie zaznaczają się zmiany w pochowku mieszkańców tego grodu i pochowki ciałopalne zostają wyparte przez pochowki szkieletowe. Świadczy to również o zmianach religijnych w tym czasie i rozprzestrzenieniu się na terenie Polski południowej Obrządku Słowiańskiego który wyparł wiarę ariańską.

Wraz ze zmianami religijnymi pojawia się charakterystyczne budownictwo sakralne w formie rotund wykonanych z nieregularnych i nieobrobionych skał miejscowego pochodzenia. Te rotundy należą do najstarszych budowli chrześcijańskich na naszych terenach, ale ponieważ przeczą dacie „Chrztu Polski”, to z premedytacją fałszowana jest data powstania tych budowli.

Wszystkie te fakty wskazują na to, że Mieszko I nie mógł ochrzcić Polski, bo ta już od wieków była ariańska. Jedyne co zrobił to wprowadził Polskę w obręb kultury bizantyjskiej, by następnie dokonać zwrotu w kierunku kultury łacińskiej, licząc na przejęcie schedy po Ottonach.

Wykonana z wyjątkowej stali broń pozwoliła Piastom na rozszerzenie ich władzy i zbudowanie imperium z którym Cesarstwo Niemieckie o mało nie poniosło klęski.

Potwierdzenie takiego właśnie przebiegu historii znajdziemy również w nazewnictwie topograficznym tego rejonu.

W bezpośredniej bliskości Niemczy występują aż dwie miejscowości w których nazwie występuje słowo Tyniec - Tyniec Śląski i Tyniec Mały.

Słowo Tyn lub TYNA jest zniekształconym odpowiednikiem naszego określenia „CYNA”.

Powstało ono na skutek tego, że w pierwszym okresie Epoki Brązu znane złoża cyny w Europie ograniczone były tylko i wyłącznie do obszaru Sudetów. Do tego rejonu przybywali więc handlarze z całego ówczesnego antycznego świata aby zaopatrzyć się w ten bezcenny metal.

Oczywiście jak wiele ludów nie potrafili oni wymówić typowych słowiańskich zgłosek i zniekształcili nazwę cyny do określenia TYN lub „TIN”

Z takim określeniem spotkaliśmy się już u Etrusków.


i od niego pochodzą też nazwy miejscowości w których prowadzono handel tym surowcem.

Oprócz tych wymienionych, występują jeszcze dziesiątki miejscowość ze składnikiem Tyn(iec) na obszarze Polski i Czech.

Jaki jest jednak źródłosłów tego określenia?

Słowianie jako pierwsi rozpoczęli produkcję brązu, bo jako jedyni mieli dostęp do cyny jako niezbędnego składnika tego stopu.

W swoim nazewnictwie, nieznanych wcześniej materiałów, musieli się oczywiście posłużyć już istniejącym w ich języku wzorcem.
Taki wzorzec znaleźli w procesie, który przebiega bardzo podobnie do produkcji metalu, ale był im już znany od tysiącleci i tym procesem było pieczenie chleba.

Aby uzyskać chleb konieczne jest użycie drożdży do wytworzenia ciasta. Już od najdawniejszych czasów przygotowywano te drożdże na drodze sporządzania specjalnej mikstury którą nazywano „ZACZYN”, a więc środek który czynił z mąki chleb.

Ten sam wyraz zastosowano więc na określenia cyny bo „czyniła” ona z małowartościowej miedzi najlepszy stop do produkcji uzbrojenia.

Wśród starożytnych Górali, którzy w tamtych czasach zajeli się gwarectwem i hutnictwem metali jako pierwsi, bo to na ich terenach można było je pozyskiwać, mamy tendencję do zastępowania zgłoski „CZ” przez „C” i ta tendencja ostała się do dziś. Tak więc tubylczy Górale nazywali ten cudowny metal cyna, i to określenie upowszechniło się następnie zastępując pierwotne „czyna” lub „czyn”.


Umiejętności metalurgiczne w rejonie Ślęży istniały więc już od tysiącleci i tutejsi hutnicy mieli najlepsze predyspozycje do tego, aby doprowadzić proces wytopu żelaza w dymarkach do perfekcji.

Z czasem wykształciły się na Dolnym Śląsku całe rejony, gdzie na skalę przemysłową prowadzono produkcję metali i wytwarzano z nich różnorakie wyroby, po które przybywali handlarze z całego świata. Tym można również wytłumaczyć tak liczne znaleziska obcych monet od Afganistanu do Hiszpanii.

Heinrichowi II chodziło więc nie tylko o zniszczenie tego ośrodka przemysłowego, co o przechwycenie technologi produkcji tego wyjątkowego metalu. To wiedzieli również i Polacy i dlatego o ten niewielki gródek toczyły się tak bezpardonowe walki.


Podaję tu link do angielskiej Wikipedii bo oczywiście w polskiej jest tylko propaganda i przemilczanie wszystkich istotnych faktów.

Niemcza jest centrum regionu gdzie w promieniu dnia marszu występują złoża wszystkich tych metali, które znaleziono w trakcie analizy chemicznej tych mieczy.
W rejonie Szklar występują rudy niklu. Rudy darniowe z tego rejonu zawierają więc z konieczności zwiększoną ilość niklu, bo ten tworzy w tym rejonie znaczne złoża.

Na południu, w rejonie Złotego Stoku występują rudy arsenopirytu które można było wykorzystać bezpośrednio do wytopu żelaza.

Z kolei w Czernicy w masywie Ślęży występują złoża chromitu których wietrzenie wzbogacało okoliczny teren w pierwiastek chrom.

Mangan w rudach darniowych występuje powszechnie w całej Polsce.

Tak więc ten teren Polski spełnia, pod względem surowcowym, wszystkie założenia na to, aby to właśnie tu wytworzyła się technologia do produkcji takich mieczy.

Jeszcze jedno świadczy również o tym, że to Słowianie doprowadzili sztukę produkcji takich mieczy do doskonałości.

Dowodem na to jest to, że z początkiem XI wieku, po roku 1030, produkcja tych mieczy raptownie się kończy. Wprawdzie pojawiają się również i później miecze z takim napisem, ale często już z błędami w inskrypcji, tak że możemy tu mówić tylko o nieudolnych podróbkach. Zresztą i ich jakość w niczym nie przypomina starszego pierwowzoru.

Dlaczego jednak umiejętność produkcji takich mieczy zanikła.

Było to wynikiem kryzysu władzy Piastów.

Po śmierci Ottona III nie udało się Bolesławowi Chrobremu przejęcie tronu cesarstwa. Matactwa Papieży i podłość Heinricha II spowodowały, że testament Ottona III nie został wykonany.

Bolesław Chrobry czekał do 1024 roku, do czasu śmierci Heinricha, na obiecany mu tytuł Cesarza i kiedy Heinrich II umarł i dynastia Ottonów ostatecznie wygasła, sam koronował się na Cesarza.

Nie uwzględnił jednak tego, że Kościół Katolicki miał już całkiem inne plany i z obawy o utratę władzy wolał poprzeć uległego sobie kandydata. Z rozkazu papieskiego Bolesław Chrobry został otruty przez mnichów katolickich na jego dworze.

Następca Heinricha II, Konrad II okazał się znacznie groźniejszym przeciwnikiem. W dążeniu do władzy nie przebierał w środkach.

Bolesław Chrobry został otruty zaraz po swojej koronacji a jego następcę Mieszka II udało się wplatać w konflikty ze swoimi braćmi.

Konrad II wiedział, że jego armia nie ma szans w bezpośredniej konfrontacji z armią Mieszka II, dlatego postawił na intrygi oraz zaczął tworzyć sojusze przeciwko Polsce.

Nie było to trudne. Bolesław Chrobry był wprawdzie genialnym wodzem i charyzmatycznym przywódcą, ale zabrakło mu instynktu politycznego aby oprzeć swoją władzę nie tylko na sile militarnej, ale związać swoich słowiańskich przeciwników sojuszami.

Niestety dążąc do przejęcia spuścizny po Merowingach i swoim przodku Dagowarze II, czyli do przejęcia władzy nie tylko nad Czechami i Rusią ale również nad Niemcami i Francją, próbował dokonać tego tylko przy użyciu militarnej siły.

Dopóki żył Bolesław strach paraliżował przeciwników.

Mieszko II po objęciu tronu próbował pójść w ślady swojego ojca, ale w osobie Konrada II znalazł niestety godnego przeciwnika. Ten wykorzystał waśnie wśród Słowian i zmontował koalicję Niemiecko-Czesko-Ruską, która dokonała straszliwego najazdu na ziemie polskie.

W wyniku tego ataku większość ludności Polski została wymordowana, a wraz z nią wymordowani zostali również ci, co posiadali tajemnicę produkcji tych zadziwiających mieczy. W tych latach niewiele brakowało aby nasz naród zniknął raz na zawsze z mapy Europy, tak straszliwe były zniszczenia dokonane przez wrogów.

W obliczu klęski i zdrady swoich braci Mieszko ucieka z kraju, a władzę przejmuje jego najstarszy brat. W zamian za prawo rządzenia Polską, z przyzwolenia Konrada, Bezprym wyrzeka się insygniów cesarskich i wysyła je do Niemiec. Za tę zdradę Polacy nazwali go Bezprym a więc ten co jest bez „priamy”, bez honoru.


To określenie priamoj ostało się w rosyjskim i oznacza kogoś szlachetnego, uczciwego, z zasadami.

O Bezprymie nie można było tego niestety powiedzieć. Jego władza trwała krótko, ale uczyniła wiele złego i w końcu dostał to na co zasłużył. Już po roku Bezpryma zabito a ścierwo rzucono na pożarcie psom.

To co wypisują tzw. „polscy naukowcy” na temat etymologii tego imienia to są kpiny w żywe oczy, przecież każdy widzi jego prawdziwe znaczenie.

Tylko bohaterstwu jakiegoś nieznanego nam z imienia rodaka zawdzięczamy to, że te insygnia cesarskie stały się dla Konrada bezużyteczne. W przypływie rozpaczy po zdradzie Bezpryma, nieznany nam z imienia bohater łamie ostrze Włóczni Świętego Maurycego na dwie części i w ten sposób pozbawia ją jej władzy duchowej nad ludźmi tamtych czasów.


Oczywiście opis w „polskiej Wikipedii” jest kłamliwy.

Jak ta włócznia naprawdę wygląda i w jakim jest stanie można przeczytać u Niemców.


Już nigdy żaden cesarz niemiecki nie mógł się powołać na tę włócznię jako symbol Boskiej Woli i oznakę władzy nad Chrześcijanami.

Był to też koniec prymatu cesarzy nad władzą papieską. Od tego momentu ta ostatnia zaczęła mieć coraz większy wpływ na przebieg zdarzeń politycznych w Europie.

W tym miejscu warto się zastanowić, co stało się z tymi koronnymi klejnotami zrabowanymi Piastom.

Dla Konrada straciły one znaczenie, gorzej jeszcze, bo złamany grot włóczni mógł być interpretowany jako znak Boski przeciwny objęciu przez niego władzy. Dlatego Konrad zrywa z tą tradycją i karze wykonać całkiem nowe insygnia koronacyjne.

Te prawdziwe insygnia cesarskie zniknęły w zamętach historii.

Wydaje mi się jednak, że nie wszystkie.

W katedrze w Essen znajduje się miecz o którym tylko tyle wiadomo, że pochodzi z IX wieku.

Polska Wikipedia wypisuje na ten temat tylko ogólniki i pomija najważniejsze fakty.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Miecz_ceremonialny_(Essen)

W niemieckiej jest znacznie ciekawiej.

https://de.wikipedia.org/wiki/Zeremonialschwert_(Essen)


Na pochwie widoczne są dwie postacie które interpretowane są jako święci Kosma i Damian.

W rzeczywistości są to postacie Ottona III i Bolesława Chrobrego a miecz ten był mieczem koronacyjnym Bolesława w trakcie Zjazdu Gnieźnieńskiego.



Jeszcze jedno potwierdza tę teorię jednoznacznie. Otóż na ostrzu miecza widoczna jest szczerba. Jest to tym bardziej zadziwiające, bo wykonany jest on ze stali damasceńskiej, która jednak jak widać nie dorównywała jakością słowiańskim mieczom. 

Ten reprezentacyjny miecz na pewno nie był używany w walce, ale symboliczne jego użycie przez Bolesława Chrobrego dobijającego się do bramy kijowskiej, zrobiło na współczesnych piorunujące wrażenie. Niestety skończyło się to jego wyszczerbieniem.


Tak więc wszystko wskazuje na to, że najcenniejszy klejnot koronny Polaków, poza włócznią Świętego Maurycego nie zaginał, ale przetrwał wśród Niemców wszystkie wiry historii.

Wprawdzie Niemcy podjęli produkcję podróbek mieczy z napisem „ULFBERHT”, które często można poznać po fałszywie zapisanej inskrypcji, ale te już nigdy nie dorównały słowiańskiemu pierwowzorowi.

Wraz ze śmiercią mistrzów kowalskich umarła też szansa na zbudowanie Imperiom Piastów od Atlantyku aż po Ural. Przez następne wieki Polska nie miała już technologicznej przewagi nad innymi, a zniszczenie rolnictwa przez Katolicki Kościół,



który z premedytacją przeforsował w Polsce fałszywą technologię gospodarki rolnej, wyludniło kraj do reszty i uczyniło go bezwolnym w rękach jego przeciwników.



PS. 05.05.2019

W katedrze w Essen znajduje się także najważniejszy dla nas Polaków symbol władzy Cesarskiej Bolesława Chrobrego. Jest to jego korona, albo lepiej powiedziawszy to co po niej pozostało.

Koroną tą przyozdabia się raz w roku figurę Marii z Dzieciątkiem. Również i ta figura jest najprawdopodobniej zrabowana Polakom i znajdowała się pierwotnie w Katedrze Gnieźnieńskiej.
Pochodzi ona z czasów kiedy władcy piastowscy przyjęli Obrządek Słowiański, co później zostało przekłamane jako „Chrzest Polski”.

O pochodzeniu tej korony, tak jak i o właścicielu miecza, nic nie wiadomo, przynajmniej tak twierdzą Niemcy.

Gdzieś w XI wieku wszystkie te zabytki trafiły do skarbca tej katedry i przez stulecia nikt się nimi nie interesował. Dopiero po stuleciach stały się one przedmiotem adoracji wiernych i przypisano im to znaczenie jakie mają do dzisiaj.

Już na pierwszy rzut oka widać jednak, że korona ta nie mogła być zrobiona w celu przyozdobienia figury maryjnej ponieważ proporcje lilii nie pasują do jej obwodu.


Oczywiście polska Wikipedia kłamie jak najęta pomijając całkowicie wszystkie wątpliwości dotyczące funkcji i pochodzenia tej korony. Już nawet niemiecka wersja jest pod tym względem o wiele bardziej obiektywna


Jako jedyne wytłumaczenie możemy przyjąć te, że została ona wycięta z pierwotnie większej korony królewskiej a następnie obwód został dopasowany do figury maryjnej. Potwierdzeniem tego przypuszczenia jest to, że aby utrzymać ją w tej formie użyto obręczy żelaznej, która przymocowana jest do tej korony od jej wewnętrznej strony.

Istnieją oczywiście proste metody jednoznacznego sprawdzenia pochodzenia zarówno korony jak i figury maryjnej.

W przypadku złota można dokładnie sprawdzić skład tego stopu z uwzględnieniem poszczególnych pierwiastków oraz ich izotopów. Można z dużą pewnością przyjąć, że złoto to będzie odpowiadało złożom z Sudetów.

Również w przypadku drewnianej figury maryjnej można dokładnie prześledzić układ przyrostów rocznych z uwzględnieniem specyfiki poszczególnych rejonów w Europie. Ponieważ pogoda w poszczególnych regionach Europy różni się czasami dość znacznie, to można na podstawie tych lokalnych różnic stwierdzić z dużą dokładnością z jakiego rejonu Europy pochodziło drewno tej figury, a tym samym stwierdzić czy był to produkt artystów z terenów państwa piastowskiego.

Oczywiście i tu analiza składu atomowego tego drewna mogłaby być dodatkowym elementem pomocnym w rozwiązania tej zagadki.

Możliwe, że istnieje również drugi fragment tej korony idealnie pasujący do korony z Essen. Z wiadomych względów ta ewentualność nie jest brana jednak pod uwagę. 

Zresztą kto miałby to zrobić skoro tzw. „polscy historycy” to tacy gamonie że aż przykro. Nie dość że debile, to jeszcze bez śladów honoru i poczucia przynależności narodowej.

Nawet jednak bez tych badań, tylko na podstawie logicznej analizy możemy być tego pewni, że korona ta jest fragmentem korony Cesarskiej Bolesława Chrobrego i tym samym należy do najważniejszych świadectw naszej państwowości.

Można powiedzieć, że w dużej części skarbiec katedralny w Essen


jest tak naprawdę skarbcem królewskim Piastów i składa się z dzieł sztuki zrabowanych Polakom przez Konrada II.

Translate

Szukaj na tym blogu