Darmowa energia. Czwarta odsłona



Darmowa energia. Czwarta odsłona


W moich poprzednich artykułach na temat możliwości pozyskiwania tak zwanej „darmowej energii” przedstawiłem rożne sposoby realizacji tego celu.




Ta lista nie wyczerpuje wszystkich możliwości i brakuje w niej tej, opartej na najprostszej zasadzie a jednocześnie tej, którą najłatwiej jest wcielić w życie i o największym praktycznym znaczeniu.

Propozycję tę przedstawiłem po raz pierwszy przed około 10 laty i ze względów, o których wspomnę poniżej, nie doczekała się ona jeszcze realizacji.

W międzyczasie dokonano jednak nowych obserwacji które jeszcze wyraźniej wskazują na prawidłowość mojego modelu budowy wszechświata, jak i potwierdzają niesamowite praktyczne perspektywy jego wykorzystania.

Mój model budowy i ewolucji wszechświata nie ogranicza się tylko do wyjaśnienia makroskopowych jego elementów, ale jest też tak samo użyteczny w mikroskali.

Zasady budowy materii i związanych i nimi cech zjawisk fizycznych wyjaśniłem tutaj:


Z przedstawionego modelu wynika, że wszystkie zjawiska fizyczne są niczym innym jak obserwacją wzajemnych oddziaływań i powiązań najmniejszych oscylujących elementów przestrzeni, które nazwałem „Wakuolami”

Wynika z tego, że oscylacje i wzajemne ich interferencje są eminentną cechą wszechświata i opanowanie i kontrola tego zjawiska jest kluczem do wszystkich technicznych zastosowań.

Jeśli tak to aby wykorzystać pole oscylacji podstawowych jednostek przestrzeni musimy dysponować urządzeniem do lokalnego zwiększania intensywności tego pola, tak aby pojawiła się możliwość wykorzystania generowanej tam „energii”.

Takim najprostszym sposobem jest wykorzystanie interferencji oscylacji atomów pomiędzy sobą i takiego ich wzmocnienia na drodze rezonansu, aby ujawniło się to we wzroście „energii” takiego systemu.

Zjawiska rezonansu zachodzą w danym systemie tym łatwiej, czym bardziej regularne są cech jego budowy.

W przyrodzie obserwujemy wiele tego typu struktur, ale najdoskonalsze tworzą tzw monokryształy.

Monokryształy znalazły w technice duże zastosowanie i technologia ich produkcji, szczególnie monokryształów krzemu, jest już od lat chlebem powszednim.

Moja propozycja opiera się właśnie na wykorzystaniu monokryształów krzemu z racji dostępności tego produktu. Według aktualnych cen, kilogram monokrystalicznego krzemu kosztuje już poniżej 20 dolarów, tak więc koszty materiałowe naszego urządzenia będą na tyle niskie, że stanie się ono powszechnie dostępne, również dla najbiedniejszych krajów.

Idea sprowadza się do tego, aby zgrupować bloki monokrystalicznego krzemu do formy odpowiednio wielkiej piramidy lub innej regularnej formy geometrycznej. Wskazane byłoby powtórzenie w makroskali formy sieci krystalicznej jaka tworzą atomy krzemu w walcach monokryształu.




Aby zaszły tam oczekiwane przez nas efekty, poszczególne walce muszą mieć identyczną orientacje sieci krystalicznej. W efekcie musi tam wystąpić zjawisko rezonansu oscylacji wakuol budujących atomy krzemu i tym samym musi też dojść do lokalnego wzrostu Tła Grawitacyjnego w obrębie tej konstrukcji.



Dla obserwatora objawi się to lokalnym wzrostem temperatury, który to wzrost w skrajnym przypadku może doprowadzić do stopienia całości lub części tej konstrukcji.

Temu zjawisku można zapobiec poprzez chłodzenie tego urządzenia przy pomocy wymiennika ciepła czyli najlepiej generatora pary wodnej.

Para ta może następnie napędzać klasyczne turbiny i generatory do produkcji energii elektrycznej.

 Oczywiście nie jest wykluczone również to, że odprowadzenie „energii” z tego systemu może się też dokonać poprzez bezpośrednią produkcje prądu elektrycznego generowanego w uzwojeniach odpowiednio skonstruowanych cewek umieszczonej w wnętrzu piramidy, ale ten pomysł można sprawdzić tylko poprzez praktyczne eksperymenty.

Przedstawiony schemat odpowiada generalnie budowie reaktora jądrowego, który notabene działa na tej samej zasadzie, tylko że wzrost oscylacji wakuol jest tam tak silny, że prowadzi to do ich emisji z poszczególnych atomów w formie promieniowania.

W przypadku naszego urządzenia taka emisja nie występuje, bo wakuole w atomach krzemu są ze sobą znacznie silniej związane niż w atomach uranu i występuje jedynie czysta produkcja energii cieplnej.

Oczywiście natura już dawno dokonała tego odkrycia i zbudowała już takie w pełni sprawnie działające urządzenie.

Znajduje się ono w jaskini z największymi na Ziemi kryształami selenitu.


Ta notka w Wikipedii pełna jest oczywiście kłamstw i fałszywych interpretacji, ale parę najważniejszych faktów i tak nie udało się przed czytelnikami zataić.

Szczególnie dwie rzeczy powinny czytających wprawić w osłupienie.

Pierwszą informacją jest ta, że we wnętrzu tej jaskini panuje temperatura 65,5°C.

Wprawdzie Wikipedia bredzi coś tam o jakiejś komorze magmowej na głębokości 3 kilometrów, ale to po prostu zwykle kłamstwo. Faktem jest to, że poza tą jaskinią temperatura gruntu jest normalna, typowa dla lokalnych warunków geologicznych. Obserwowany wzrost temperatury występuje tylko i wyłącznie w obrębie jaskini, co jednoznacznie zaprzecza możliwości dostarczania potrzebnej do tego energii z zewnątrz.

Kolejnym faktem jest to, że aparaty fotograficzne psują się tam w tajemniczy sposób, mimo że są dostosowane do ekstremalnych warunków środowiskowych. Nie wynika to oczywiście z tego, że w jaskini jest gorąco i wilgotno, bo w wielu zakątkach świata na powierzchni Ziemi panują podobne temperatury i jakoś nic się nie dzieje, ale wynika z tego, że Tło Grawitacyjne we wnętrzu jaskini ma tak wysokie wartości, że materia dostarczona do jej wnętrza zostaje pobudzona do silniejszych oscylacji i wszystkie procesy fizyczne w elektronicznych urządzeniach przebiegają inaczej, niż tego wymaga ich konstrukcja.

Dopiero długie wystawienie ich na działanie podwyższonego pola TG w jaskini powoduje, że materia kamery filmowej dostosowuje się do tych nowych warunków i procesy te mogą znowu przebiegać w normalny sposób.

O tym zjawisku już pisałem w odniesieniu do tajemniczego przerwania łączności z sondami planetarnymi np. na Wenus czy też Saturnie.



Również w przypadku jaskini możemy to zjawisko zaobserwować.

Jeśli weźmiemy nadajnik o wąskim pasmie emisji sygnału oraz zestrojony z nim odbiornik o dokładnie tym samym pasmie odbioru, to zauważymy, że nie uda się nam przekazać żadnego sygnału z nadajnika znajdującego się w jaskini do odbiornika poza nią i to mimo tego, że dosłownie przed chwilą, na powierzchni Ziemi, funkcjonowały one bez zarzutu

Kolejną ciekawostką jest to, że w warunkach panujących w jaskini dochodzi do bezpośredniego skraplania się pary wodnej w płucach odwiedzających ją osób, co grozi ich uduszeniem i zmusza do stosowania specjalnych środków zabezpieczających.

Jest to przykład tego, do czego może dojść na Ziemi, jeśli TG ulegnie gwałtownemu zwiększeniu lub spadkowi.

W pierwszym przypadku zwierzęta masowo padają na skutek uduszenia wodą w płucach, a w drugim przypadku na skutek zapadnięcia się płuc wskutek spadku ciśnienia w ich wnętrzu i niewydolności układu oddechowego.

Te zjawiska są powszechnie na Ziemi obserwowane, ale jeszcze powszechniej po prostu ignorowane.

Możliwe, że jest to wynikiem tunelowego widzenia rzeczywistości na skutek atawistycznego strachu przed konsekwencjami takiego zjawiska w masowej skali.

W historii geologicznej Ziemi było to jednak zjawisko powszechne i wszystkie masowe wymierania organizmów żywych nie były skutkiem jakiś wyimaginowanych uderzeń meteorytów, ale efektem dramatycznych zmian TG na Ziemi.

Już zwykle ustawienie się wszystkich planet Układu Słonecznego w jednej linii spowoduje taki wzrost TG, że na naszej planecie dojdzie do kolejnego masowego wymierania zwierząt, tak jak to miało też miejsce w przypadku wymarcia dinozaurów.

Tak czy owak opisana jaskinia jest najlepszym przykładem tego, że takie zjawisko występuje i że metoda grupowania monokryształów ma przed sobą olbrzymią technologiczną przyszłość.

Oczywiście to urządzenie nie powstanie za darmo. Już sama ilość użytego monokryształu krzemu, którą szacuję na 10 do 100 ton, w zależności od temperatury jaką chcemy uzyskać, jest poważnym wydatkiem finansowym.

Jednak jest to wydatek jednorazowy i w praktyce zaniedbywalny. Również to, że nie ma potrzeby stosowania zabezpieczeń przed promieniowaniem musi potanić produkcję energii elektrycznej tak, że stanie się ona w praktyce dostępna dla wszystkich i to w „nieograniczonych” ilościach.

Realizacja tego projektu pozwoliłaby na znaczne uniezależnienie się ludzkości od konieczności użycia paliw kopalnych.

Oczywiście w obecnym systemie gospodarczym, nastawionym na rabowaniu przez cwaniaków słabszych jego członków, nie istnieje żadna motywacja do tego aby ten projekt wcielić w życie.

Po prostu w momencie udostępnienia „darmowej energii” cały ten niewolniczy system gospodarczy ległby w gruzach, i cała ta banda pasożytów i darmozjadów, nazwana też „elitą społeczną”, musiała by się w końcu wziąć do uczciwej pracy.

Dlatego również wtedy, kiedy „naukowcy” konfrontowani są z jednoznacznymi wskazówkami fałszywości ich teorii i natura pokazuje jednoznacznie na jakich zasadach przebiegają procesy fizyczne, to mimo to ich interpretacja sprowadza się do intelektualnego bicia piany.

Pytanie dlaczego, jest łatwe do odpowiedzenia. Tzw. „naukowcy” są nieodzowną częścią tego niewolniczego systemu i spełniają podstawową rolę w mieszaniu ludziom w głowach i trenowania ich do roli bezwolnych niewolników.

Tzw. nauka jest nieodzownym elementem sprawowania władzy przez obecne „elity”.

W tym naszym zdegenerowanym systemie społecznym, kierowanym przez psychopatów i idiotów, prawda nie ma żadnej szansy na to, aby dotrzeć do świadomości większości.

Mimo to, czasami pojawiają się krótkie wzmianki o zjawiskach, które wykraczają daleko poza ten zdegenerowany obraz natury, propagowany przez naukę, i które pokazują jednoznacznie, że mój model fizyki rzeczywiście odpowiada prawdzie.

Tak było też z tą informacją podana w tym linku:


W artykule opisana jest obserwacja zjawiska, które stawia fizyków przed kolejną nierozwiązywalną zagadką.

Obserwację tę zawdzięczamy przypadkowi. Grupa naukowców ze Szwecji zamierzała sprawdzić jak zachowują się miniaturowe igły wykonane ze złota pod wpływem pola elektrycznego.

Najprawdopodobniej chodziło tu o sprawdzenie takich igieł, które używane są w skaningowych mikroskopach tunelowych. Od jakości tych igieł zależy jakość uzyskiwanego w tych mikroskopach obrazu. I pewnie już od dawna obserwowano zaburzenia ich działania, nie zdając sobie nawet sprawy z ich przyczyn.

W każdym razie autorzy pracy wpadli na pomysł, aby sprawdzić jak te igły, których ostrza składają się z niewielu tylko atomów złota, zachowują się pod wpływem działania pola elektrycznego rożnych mocy.

To co zaobserwowali było kompletną niespodzianką.

Ostrza tych igieł pod wpływem pola elektrycznego po prostu się upłynniły, czyli doszło tam do przejścia fazowego, mimo że temperatura otoczenia była zdecydowanie za niska.


W artykule podane są próby wytłumaczenia tego zjawiska, ale jak zwykle sprowadzają się one do nowomowy i „naukowego” bełkotu.

Zjawisko które zaobserwowano jest identyczne z tym, które opisałem w moim wyżej wymienionym artykule. W tym przypadku, z racji mikroskopowej wielkości tych złotych ostrz oraz ich kształtu w formie piramidy, konieczne było oddziaływanie oscylującego zewnętrznego pola elektrycznego, aby zainicjować samoorganizację i rezonans oscylacji atomów złota w ostrzu.

W przypadku proponowanej przeze mnie piramidy z bloków monokrystalicznego krzemu, do inicjacji zjawiska spontanicznego wzrostu oscylacji atomów krzemu, prowadzącego do samonagrzewania się tej konstrukcji, nie są potrzebne żadne zewnętrzne źródła energii, ale wystarczy już energia oscylacji przestrzeni, przepełniająca cały nasz wszechświat.

Ta konstrukcja pozwala na czerpanie dowolnych ilości energii w dowolnie długim czasie, bo jej źródłem jest cały nasz wszechświat.

Ciekaw jestem jak długo ta mafia, jaka tworzą obecne elity, będzie w stanie zataić prawdę przed społeczeństwem. Mimo ich wysiłków, co rusz przeciekają do wiadomości ogółu informacje, które powoli, nawet wśród najgłupszych, muszą wywołać wątpliwości co do pobudek jakimi kierują się naukowcy i sponsorujące ich elity. Najwyższy czas aby te brednie, produkowane przez współczesną „naukę”, wylądowały na śmietniku historii.

Bursztynowy Szlak. Cześć druga

O bursztynie i Bursztynowym Szlaku. Cześć druga

Aby dostać się do Bramy Morawskiej najłatwiej wykorzystać bieg rzeki Morawy od jej ujścia do Dunaju, a następnie poruszając się jej lewym dopływem o nazwie Beczwa, dopłynąć aż do obecnej miejscowości Hranice Morawskie. Ten teren był w tamtych czasach poprzecinany licznymi potokami i w znacznej części zabagniony, na co już wskazuje sama nazwa tego regionu - Morawy.

To zabagnienie tej praktycznie jedynej drogi na północ nie musiało wynikać tylko z naturalnych cech tego terenu, ale mogło być efektem świadomej działalności naszych przodków, aby zabezpieczyć się przed inwazją legionów rzymskich.



Powodowało to, że istniała tu możliwość do bezpośredniego przeciągnięcia łodzi lądem lub nawet przepłynięcia potokiem Ludina i kanałami aż do rzeczki Luhy która już należała do dorzecza Odry.

Gdzieś w tych okolicach należy szukać pierwszej miejscowości na mapie Ptolemeusza, już na terenach słowiańskich, o nazwie Carrodunum lub po grecku Karrodounon (Καρρόδουνον).
Na mapie Ptolemeusza w zbiorach Museum Narodowego widzimy jednak jednoznacznie nazwę Corrodunu(m).



Ta nazwa ma łacińskie pochodzenie, ponieważ jest to zbitka słów „corro“ i „dunum“.

Corro możemy wyprowadzić od łacińskiego „currere“ - biec, tym bardziej że zarówno odpowiednik po hiszpańsku „correr“, jak i po włosku „correre“ wskazują na tendencję do tworzenia gwarowych form, do których należała również forma „corro(e)“. Drugi człon „Dunum“ odpowiada nazwie rzeki Dunaj, którą po łacinie nazywano „Danuvius“, a której to nazwa jest w tym przypadku bardziej zbliżona  do jej słowiańskiego odpowiednika, co dodatkowo podkreśla słowiańskość tego miasta.

Ta nazwa pasuje też do przyjętego przez nas położenia tej miejscowości, ponieważ znajdowała się ona rzeczywiście tam gdzie handlarze musieli przekroczyć dział wodny i gdzie ich droga powrotna biegła (corroe) prosto do Dunaju (Dunum).

Ta interpretacja wyklucza oczywiście postulowaną identyczność z Krakowem, a wskazuje bardziej na okolice Hranic Morawskich jako odpowiednik tej starodawnej nazwy.

Od tego miejsca stały przed wędrowcami trzy rożne drogi do wyboru.

Albo na zachód wzdłuż Odry, a następnie wzdłuż wybrzeża Bałtyku na wschód. Istniała tu jeszcze alternatywna możliwość, ale o tym później.

Albo na wschód, wzdłuż Wisły, aż do zatoki Gdańskiej.

Trzecia możliwość, to droga bezpośrednio na północ, po najkrótszej linii do Zatoki Gdańskiej.

Drogę wzdłuż Odry podejmowano zapewne sporadycznie, bo jest najdalsza i związana z wieloma niebezpieczeństwami. Poza tym przechodziła ona przez tereny tych plemion, które od dawna miały już na pieńku z Rzymem.

Droga wschodnia była stosunkowo długa i niebezpieczna, ze względu na trudności w nawigacji po Wiśle.

Z analizy licznych przykładów rzymskiego budownictwa wiemy, że Rzymianie mieli skłonność do wybierania zawsze najkrótszej trasy. Widzimy to na przykładzie prowadzenia ich dróg, które zawsze prawie przebiegają po linii prostej, niezależnie od ukształtowania terenu.

Pozwala nam to więc na przyjęcie założenia, że wybrali oni drogę bezpośrednio na północ, która przy głębszej analizie okazuje się też najbardziej bezpieczna i najprostsza dla transportu.

W przeciwieństwie do Wisły, która jest rzeką o bardzo zmiennym przepływie i z licznymi mieliznami, na terenie środkowej Polski rzeki i kanały mają wodę prawie że stojącą. W tych warunkach transport jest zarówno bezpieczny jak i łatwy do przeprowadzenia, bo możliwe jest zarówno spławianie łodzi z prądem rzecznym, jak i łatwe poruszanie się pod prąd i to bez najmniejszego wysiłku.

Do tego musimy uwzględnić to, że obecny wygląd terenów środkowej Polski jest rezultatem olbrzymiego wysiłku melioracyjnego niezliczonych pokoleń rolników. Przed dwoma tysiącami lat tereny te były zdecydowanie bardziej podmokłe i pocięte gęstą siecią rzek, potoków i kanałów, umożliwiających łatwy i tani transport przeróżnych produktów.

Było to też również przyczyną tego, dlaczego te tereny tak długo zachowały swoją samodzielność i na przestrzeni stuleci nigdy nie zostały podbite przez kolejne, przemijające mocarstwa.

Pomijając wszystkie inne aspekty, tereny Środkowej Europy są idealne dla utrzymania dużej gęstości zaludnienia w warunkach naturalnej gospodarki rolnej.

Wprawdzie dla czcicieli słońca klimat naszego kraju nie jest za ciekawy, ale dla pierwotnych rolników nie można było sobie wyobrazić lepszego. Częste opady, w okresie wegetacyjnym roślin uprawnych sprawiały, że rolnictwo nie wymagało większych nakładów na nawadnianie i corocznie, niezawodnie dawało obfite plony. Ta stałość plonowania była główną przyczyną utrzymywania się zaludnienia tych terenów na wysokim poziomie i główną przyczyną militarnej siły plemion słowiańskich.

Świadoma działalność ludności tubylczej dążącej do utrzymania wysokiego poziomu wód gruntowych powodowała, że również w okresie suszy pola położone pomiędzy kanałami, rzeczkami i potokami były zawsze dostatecznie zaopatrzone w wodę i regularnie dawały plon.

Późniejsza działalność Kościoła katolickiego wyniszczyła ten typ gospodarki. Wyszkoleni, w południowej części Europy duchowni, przynieśli do Polski zwyczaj meliorowania gruntów i osuszania całych połaci kraju.

We Włoszech czy też w Grecji tego typu działanie miało sens, bo malaria dziesiątkowała tam systematycznie ludność i doprowadzała do wyludnienia całych regionów kraju. To właśnie głównie malaria była przyczyną tego, że po upadku Rzymu liczebność mieszkańców miasta zaczęła gwałtownie spadać, po tym jak system odwadniania przestał funkcjonować i całe dzielnice powoli zamieniły się w bagno. W najgorszym dla niego okresie w ruinach żyło nie więcej jak 5000 mieszkańców.

Te dramatyczne doświadczenia sprawiły, że duchowieństwo katolickie, wszędzie tam gdzie udało się im zapuścić korzenie, wyniszczało pradawne słowiańskie metody gospodarki rolnej zastępując je takimi, które zapewniały bezpieczeństwo przed wyimaginowanym niebezpieczeństwem malarii.

W Polsce takie niebezpieczeństwo nie istniało, lub było bardzo ograniczone, mimo to metody gospodarowania Polan i Goplan i innych plemion z dorzecza Morawy, Warty i Narwi zostały doszczętnie zniszczone, co było dodatkowym elementem drastycznego osłabienia Polski w średniowieczu i utracenia jej mocarstwowej roli, doprowadziło bowiem do załamania liczebności populacji, spowodowanego gwałtownym spadkiem produkcji rolnej, a przede wszystkim wrażliwością nowo-wprowadzonego sposobu gospodarki rolnej na klimatyczne i pogodowe anomalie.

Ciekawostką jest to, że ten pierwotny typ słowiańskiej gospodarki rolnej zachował się najlepiej na terenach niemieckich i to tuż pod bokiem ich stolicy. W regionie tzw. „Błot“ po niemiecku nazywanych „Spreewald“ można do dzisiaj obserwować jak żyli i gospodarowali nasi przodkowie na terenach Moraw, Wielkopolski i Kujaw.

Jeśli tak, to rzymscy handlarze mogli poruszać się tu na płaskodennych łodziach po takim szlaku, który najszybciej prowadziłby ich na północ.

Z ukształtowania przebiegu rzek na terenie Polski wynika, że po przekroczeniu Bramy Morawskiej handlarze powinni wykorzystać górny bieg Wisły, aby następnie skierować się do dorzecza Warty po najłatwiejszej drodze prowadzącej rzeką Przemszą.



Wskazówkę na taki właśnie wybór znajdziemy w określeniu kolejnej miejscowości.

Nazwa Arsonium nie została wybrana przypadkowo. Słowem Arsenikon, jak i słowami o pochodnym brzemieniu, określano w starożytnej Grecji te minerały które swoją barwą przypominały złoto.


Najpopularniejszym z tych minerałów jest piryt, do dzisiaj nazywany „kocim złotem“.

Jeśli więc użyto nazwę Arsonium to zapewne dlatego, aby podkreślić częste występowanie na danym terenie pirytu i minerałów pochodnych o złocistej barwie. Trzeba jeszcze uwzględnić to, że piryt w tamtych czasach był nie tylko kamieniem ozdobnym, ale miał olbrzymie znaczenie gospodarcze. W swojej pierwotnej postaci używany był do wzniecania ognia, ponieważ tworzy iskry uderzany krzemieniem.

Od tej jego własności pochodzi też jego nazwa. Musiał więc stanowić przedmiot intensywnej wymiany handlowej.

Po drugie, w miejscach kontaktu złóż pirytu z powierzchnią terenu tworzą się tak zwane czapy wietrzeniowe w których piryt ulega utlenieniu do limonitu.

Limonit był w tamtych czasach podstawową rudą do wytopu żelaza. Ślady tej hutniczej działalności są w tym rejonie wszechobecne. Ostały się również w lokalnym nazewnictwie np. w takich określeniach jak Żarki, Żelisławie, Rudki itd.

Tak się właśnie składa, że poruszając się w górę nurtu Przemszy handlarze bursztynem musieli się z konieczności przemieszczać przez tereny na których występują właśnie bogate złoża pirytu i limonitu w rejonie Siewierza, przez który przepływa ta rzeczka. Handlarze bursztynu nie mogli przegapić takiej okazji do wzbogacenia się, zabierając po drodze bryłki pirytu ze złóż Brudzowickich, a szczególnie ze złóż w Zawierciu w celach odsprzedania ich z zyskiem, w trakcie dalszej wędrówki na północ.

Podążając dalej mogli oni, dzięki wykorzystaniu kanałów, które istniały zapewne również w tamtych czasach, przepłynąć płaskodennymi łodziami bezpośrednio do Warty a następnie skierować się dalej na północ.

Handlarze musieli się orientować w tej podróży według specyficznych i szczególnie charakterystycznych form topograficznych, czy też specyficznych obserwacji napotykanych po drodze. Te najbardziej spektakularne pozostały im szczególnie mocno w pamięci i w ich relacjach zajęły zdecydowanie większe znaczenie niż to się im w rzeczywistości należało.

Pierwsze dwie taki obserwacje poznaliśmy już w poprzednich nazwach, czas teraz na rozszyfrowanie kolejnego określenia.

Na mapie Ptolemeusza widzimy, że przedstawiony tam bieg rzeki, którą identyfikował on z Wisłą, dokonuje gwałtownego zwrotu o 180°.



Oczywiście współczesna Wisła nie posiada takich wielkoskalowych zakoli. Co innego jednak w przypadku Warty. W przebiegu jej nurtu znajdujemy rzeczywiście takie miejsce, kiedy dokonuje ona takiego radykalnego zwrotu.



Wprawdzie dla nas współczesnych wydaje się być to bez znaczenia, ale dla starożytnych handlarzy ten element topograficzny był niesamowicie ważny, bo pozwalał im na jednoznaczną identyfikację prawidłowej trasy szlaku Bursztynowego. Nie dziw więc, że w ich opisach zajął on zdecydowanie większą rolę, tak jak i sama rzeka Warta, która w tamtych czasach musiała być o wiele szersza i robiła na handlarzach o wiele większe wrażenie.

To zakole Warty pozwala nam też na jednoznaczną identyfikację kolejnej nazwy na mapie Ptolemeusza. Zapisał on ją jako Leucaristus.

Oczywiście końcówkę „stus“ możemy w naszych rozważaniach pominąć, ponieważ jest ona tylko typowym dodatkiem jaki stosowano do nazw obcych miejscowości, aby nadać im znane greckie lub łacińskie brzmienie.

Jeśli to uczynimy to tę nazwę możemy już odczytać jako „Leukari“ i zauważymy, że odpowiada ona naszemu słowiańskiemu określeniu Łękary.

Jest to tym bardziej fascynujące, bo jeśli spojrzymy teraz na współczesną mapę tego zakola Warty to zauważymy, że ta nazwa przetrwała tam aż do dziś. Warta opływa tam Załęczański Park Narodowy jak i przepływa obok miejscowości Załęcze Wielkie.



Tak więc możemy miejscowość Leucaristus jednoznacznie zidentyfikować jako współczesne Załęcze. Nazwa tej miejscowości wywodzi się jednoznacznie od określenia „łęk“ i oznacza silne łukowate wygięcie przodu końskiego siodła. I jeśli spojrzeć na przebieg rzeki Warty w tym rejonie, to skojarzenie to jest jak najbardziej uzasadnione.

Po opłynięciu łęku Warty dalsza droga prowadziła prosto na północ. Aż do miejsca w którym Warta zmienia swój kierunek na zachodni. Tutaj podążanie jej nurtem wydłużyłoby niepotrzebnie drogę, ale dla podróżujących otwierała się teraz możliwość wykorzystania licznych polodowcowych jezior ustawionych jak paciorki na sznurku w kierunku północ-południe.



Najlepsza okazja do wykorzystania tej naturalnej drogi wodnej nadarza się w rejonie obecnego Konina. Tutaj możliwe było przepłynięcie łodziami do jeziora Pątnowskiego a dalej do Mikorzyńskiego i Ślesińskiego. Dalej droga prowadziła kanałami do jeziora Gopło.

Jezioro Gopło zajmuje w historii Polski szczególne miejsce. To tutaj w miejscowości Kruszwica miał zostać zjedzony przez myszy król Popiel.


Jezioro Gopło jak i miejscowość Kruszwica znajdują się w strategicznym miejscu, jeśli chodzi o kontrolę handlu miedzy Odrą a Wisłą. Tędy przebiegał główny szlak bursztynowy jak i główny szlak ze wschodu na zachód Europy. Już od najdawniejszych czasów musiał być więc to teren o którego kontrolę toczyły się zaciekłe walki między słowiańskimi plemionami. Dane historyczne wskazują na to, że teren ten zachował bardzo długo polityczną niezawisłość i można nawet powiedzieć, że przez wieki jego mieszkańcy kontrolowali politycznie wszystkie inne plemiona Wielko- i Małopolski.

Wiemy, że nazywano ich „Goplanami“ przynajmniej tak nazywani są w polskojęzycznej literaturze. Wszystko wskazuje jednak na to, że Rzymianie i Grecy nazywali ich inaczej.

Zgodnie z rozpowszechnioną tradycją nadawano nazwom obcych plemion końcówkę „dae“.

Tak więc Rzymianie dla mieszkańców okolic jeziora Gopło użyliby określenia Goplidae. Ponieważ jednak, jak wszystkie ludy zachodniej Europy, mieli oni problemy w wymowie niektórych spółgłosek, zbitka „pl“ byłaby dla nich niewymawialna. Stąd konieczność modyfikacji tej nazwy do formy Gepidae, spolszczonej do Gepidzi. Ta zaś nazwa jest powszechnie znana i lud ten odegrał w starożytności bardzo ważną rolę.

Dopiero sojusz Wawelan z Polanami złamał ich władzę nad polskimi terenami.


Można więc z całą pewnością przyjąć, że siedziba władcy Gepidów musiała znajdować się w strategicznym miejscu kontroli szlaków handlowych i to tam handlarze musieli uiszczać opłaty za korzystanie z nich.

Takie miejsce nie mogło być również pominięte w opowieściach osób relacjonujących Ptolemeuszowi wrażenia z pobytu w tym kraju. Dlatego umieścił on również na swojej mapie nazwę stolicy Gepidów nazywając ją imieniem „Setida“. Na innych wersjach tej mapy zapisana jest ona jako „Setidava“.

Oczywiście nie sposób nie zauważyć podobieństwa tej nazwy do polskiego słowa „Siedziba“.

Wersja druga przypomina bardziej określenie „Sadyba“ którego znaczenie jest identyczne do poprzedniego.

Tym bardziej, że również w innych językach słowiańskich słowo oznaczające „siedzibę“ bardzo przypomina ptolemeuszowski wzorzec, tak jak np. w czeskim „sedadlo“.

Co potwierdza nasze przypuszczenie, że chodzi w tym przypadku o siedzibę władcy kraju Gepidów. Tak samo określali to miejsce również mieszkańcy tego państwa. Zresztą paralele do etymologii nazwy miasta Gniezna są tu nie do przeoczenia.

Jest pewne to, że chodzi tu o miasto Kruszwica, którą to nazwę otrzymało ono w czasach późniejszych na pamiątkę jego świetności. Etymologia tej nazwy zdradza nam też jak ważną rolę odgrywało ono w przeszłości.

Nazwa ta składa się z dwóch wyrazów „Krusz“ i „wica“. Określenie „Krusz“ pochodzi w tym wypadku od słowa kruszec, oznaczającego cenne metale takie jak złoto i srebro.

Z określeniem „wica“ spotkamy się np. w słowie Rękawica.

Możemy wnioskować, że „Wica“ oznaczała chronić „osłaniać“. Tak więc określenie Kruszwica używały sąsiednie plemiona słowiańskie aby podkreślić to, że jej mury ochraniały nieprzebrane bogactwa władcy Goplan.

Bogactwo jakie osiągnęło plemię Gepidów, kontrolując handel bursztynem, pozwoliło im przejąć władzę również nad olbrzymimi połaciami Europy Środkowej. To oni kontrolowali Bramę Morawską i przeniknęli dalej aż do Panonii, opanowując coraz to dalsze tereny po których odbywał się handel bursztynem.

Po opuszczeniu Kruszwicy Bursztynowy Szlak kierował się ciągiem kanałów i jezior polodowcowych aż do rzeki Noteci i podążał dalej jej nurtem aż do momentu, kiedy skręcała ona na zachód w kierunku Odry.

W tym miejscu handlarze musieli opuścić jej nurt i skierować się licznymi kanałami dalej na północny-wschód aż do osiągnięcia rzeki Brdy, a tym samym dorzecza Wisły.

To był kolejny charakterystyczny etap tej drogi, który musiał być szczególnie ważny dla orientacji i którego nazwa zachowała się na mapie Ptolemeusza.

Czytamy ją jak Escualis lub Ascaukalis.

Jeśli postawimy się w roli takich handlarzy, którzy już od tygodni nie widzieli niczego innego, poza płaskim jak stół terenem środkowej Polski, to dotarcie do brzegów Wisły musiało im się wydawać jakby znaleźli się wśród wysokich gór.

Brzeg Wisły tworzy w tym miejscu bardzo wysokie skarpy i zamek lub miasto które się tam znajdowało wydawało się jakby leżało na skalach. Do tego nie jest wykluczone, że faktycznie zamek ten mógł mieć mury zbudowane z częstych na tamtym terenie otoczaków moreny lodowcowej i nazywany był przez okoliczna ludność „NA SKAŁCE“.

Tę nazwę zapisał następnie Ptolemeusz jako „(n)A scauca(lis)“.



Miejsce jego położenia musiało być bardzo ważne i tak charakterystyczne, że znalazło się w opisach handlarzy. Możemy się domyśleć, że z jednej strony było to miejsce nieopodal ujścia Brdy do Wisły, po drugie jednak musiało być ono położone na wysokiej skarpie, oraz znajdować się w miejscu gdzie podróżujący musieli uiszczać znowu opłaty za prawo do poruszania się po terenach kolejnego związku plemiennego.

Takie warunki spełniałaby bardzo dobrze Bydgoszcz, a szczególnie jego dzielnica Fordon. Dla mnie to położenie jest wykluczone, ponieważ Bydgoszcz znajdowała się jeszcze w zasięgu wpływów Gepidów, a więc nie była niczym niespodziewanym dla wędrowców.

Natomiast po przeciwnej stronie Wisły rozpościerały się już tereny o odmiennej przynależności plemiennej.

Możliwe, że w tym czasie tereny te znajdowały się na granicy zasięgu państwa Wawalan (Wendów, Wandali). Można z dużym prawdopodobieństwem przyjąć, że to właśnie oni byli zainteresowani w utrzymywaniu na tym terenie szczególnie silnej warowni i z tego tytułu mogli też pobierać opłaty od podróżujących Wisłą. Twierdza ta musiała się znajdować na tyle blisko, aby widoczne było ujście Brdy do Wisły i na takim terenie, aby jej zdobycie nie należało do łatwych przedsięwzięć.

Jeśli spojrzymy jeszcze raz na mapę, to zauważymy dwie możliwości usadowienia tej warowni. Albo znajdowała się ona niedaleko miejscowości Ostromecko, tam gdzie usytuowany jest obecnie dwór, albo bardziej na południowy-zachód, na terenach które obecnie porośnięte są przez las.

Szukając rozwiązania tej zagadki szukałem też, czy aby nie ma tam gdzieś w pobliżu miejscowości, która do dzisiaj nazywa się „Na Skałce“ lub podobnie.

Na mapie współczesnej początkowo nic nie zauważyłem, ale z pomocą przyszły mi mapy sporządzone jeszcze przez Niemców. I faktycznie na takiej właśnie pruskiej mapie udało mi się znaleźć ciekawe wskazówki.



Występują tam dwa określenia „Ostrometzker Steinort“ oraz „Steinort“. Po niemiecku „Steinort“ znaczy „Kamienne Miejsce“ i odpowiada znaczeniowo dość dokładnie naszemu określeniu „Na Skałce“.

Etymologia słowa Ostromecko jest zapewne dużo młodsza i znaczy moim zdaniem, ni mniej ni więcej, tylko „Ostrów Mieszka“. Ostrów to w pierwszym znaczeniu po polsku wyspa, z tym że jednocześnie wyspy były też najbardziej ulubionymi przez Słowian miejscami usadowienia twierdz opasanych ostrokołem, tak że ostrów był w tamtych czasach zamiennikiem słowa twierdza lub warownia.

Można się więc domyśleć, że kiedy Mieszko I podporządkował sobie Pomorze Gdańskie, to mógł to uczynić tylko poprzez budowę odpowiedniej sieci warowni. W rejonie obecnego Ostromecka powstała jedna z nich, a materiał do jej budowy dostarczyły kamienie ze starej warowni z czasów rzymskich.

Po zajęciu tych terenów przez Niemców z „Ostrów Mieszka“ zrobiło się Ostromecko.

Późniejsze moje poszukiwania pozwoliły mi stwierdzić, że również na dokładniejszych polskich mapach tego rejonu można znaleźć miejscowość o nazwie „Kamieniec“

Te wszystkie dane pozwalają również na weryfikację proponowanej przeze mnie trasy Szlaku Bursztynowego. Jeśli dedukcja znaczenia nazwy Askaucalis jest prawdziwa, to w podanym przeze mnie miejscu muszą się jeszcze do dzisiaj znajdować resztki kamiennej twierdzy z czasów rzymskich.



Dalej trasa prowadziła już prosto nurtem Wisły aż do Bałtyku.

Pytanie jest, gdzie wędrowcy osiągali w końcu morze i jaką nazwę tego miejsca zachowali oni w swojej pamięci.

Z mapy Ptolemeusza wynika, że to miejsce mogło się nazywać Scurgum. Z mapy która znajduje się w zbiorach Muzeum Narodowego wynika jednak, że tę nazwę należy czytać raczej jako Sturgum.

Jeśli spojrzymy na mapę okolic ujścia Wisły do Bałtyku, to dwie nazwy wykazują pewne podobieństwo do ptolemeuszowej wersji. Są to gdańskie Stogi oraz miejscowość Stegna.

Miejscowość Stegna nie leży bezpośrednio na wybrzeżu i zapewne również w czasach rzymskich nie leżała bezpośrednio nad Bałtykiem.

Jeśli jednak poszukać na starych mapach, to ujście Wisły wyglądało kiedyś całkiem inaczej. Wisła dzieliła się na dwa główne ramiona z których jedno prowadziło na zachód w okolice obecnego Gdańska i do Bałtyku, a drugie na wschód do Zalewu Wiślanego. Ten nie był jeszcze tak mocno wypełniony osadami jak obecnie i jego brzegi leżały zapewne tam, gdzie obecnie znajduje się miejscowość Stegna.



To położenie predestynowało tę miejscowość do stania się centrum handlu bursztynem nad Bałtykiem.

Problem jest w tym, że nazwę tę wywodzi się od niemieckiego Steg, czyli przystań, kładka lub keja.

Ale czy naprawdę słowo Steg ma niemieckie pochodzenie?

Oczywiście jest ono w języku niemieckim bardzo popularne, ale to o niczym jeszcze nie świadczy, bo sami Niemcy to przecież zgermanizowani Słowianie.

Już krótkie przemyślenie prowadzi nas do właściwego rozwiązania. W języku polskim wstępuje słowo „wstęga“ oznaczającego coś nieproporcjonalnie długiego w stosunku do szerokości. Gwarowo znane jest również słowo stęga oznaczające belkę. I to prowadzi nas do właściwego rozwiązania.

W pradawnych czasach nie budowano oczywiście skomplikowanych przystani i portów. Dla niewielkich płaskodennych lodzi wystarczyło wyciąć nadbrzeżne drzewo tak, by upadło ono prostopadle do brzegu i już otrzymywano stęgę czyli rodzaj kładki do cumowania. Od tego typu przystani wzięła swoją nazwę miejscowość Stegna.

Oczywiście Niemcy nie potrafią wymówić nasze „ę“ i uprościli „stęg“ do „steg“ i zachowali to określenie w swoim języku do dziś. W języku polskim to określenie na kładkę do cumowania zagubiło się gdzieś w wirach historii.

Za czasów Ptolemeusza było jednak inaczej i port do którego zmierzali handlarze bursztynem nazywał się „Stęgi“, od licznych stęg na wybrzeżu. Tę nazwę Ptolemeusz przerobił na Sturgum.

Oczywiście i w tym przypadku jest szansa na potwierdzenie tej hipotezy. Gdzieś w okolicach miejscowości Stegny są zasypane osadami pozostałości tego handlowego portu.

Oczywiście nie można pominąć istnienia nazwy Stogi, która to potencjalnie wchodzi też w grę jako odpowiednik ptolemeuszowego Sturgum. Najprawdopodobniej również i ta nazwa wywodzi się od słowa stęg, które to przez niemieckich kartografów zostało zdeformowane do polskiego słowa jakie im najszybciej przyszło do głowy - Stogi. Również Niemcy nie mieli żadnego interesu w tym, aby ujawnić słowiańskie pochodzenie wyrazu „Steg“, który przecież uważany był za typowo germański.

Na zakończenie jeszcze jedna ważna kwestia. W naszej rekonstrukcji przebiegu Szlaku Bursztynowego nie natrafiliśmy na miejscowość Calisia którą większość specjalistów, i nie tylko, interpretuje jako miasto Kalisz.

Ten brak ma swoje przyczyny. Przedstawiona przez nas trasa szlaku była najłatwiejsza i najszybsza do pokonania. Jej słabością była konieczność poruszania się po Wiśle w bezpośredniej bliskości innego potężnego plemiona słowiańskiego Wandali.

Wandale albo też prawidłowo Wendowie rościli sobie prawo do przywództwa nad wszystkimi plemionami Słowian, o czym świadczy już sama ich nazwa i


byli najważniejszymi konkurentami Gepidów w dążeniach do kontroli handlu bursztynem.

Te zmagania ciągnęły się przez długie stulecia i raz za razem dochodziło do nowych konfliktów zbrojnych, z których to Gepidzi wychodzili przeważnie zwycięsko. Jednak nigdy nie udało im się odnieść decydującego zwycięstwa. Wendowie zawsze mieli możliwość wycofywania się w góry, gdzie też ich tradycje przetrwały do dziś i nasi Górale mogą z pewnością uważać się za bezpośrednich potomków Wandali


W każdym razie czasy konfliktów uniemożliwiały handlarzom poruszanie się wzdłuż rzeki Przemszy i zmuszały ich do szukania alternatywnej trasy. Ta przebiegała na zachód od trasy głównej.

Po wkroczeniu do dorzecza Odry poruszano się łodziami dalej jej nurtem aż do ujścia rzeczki Stobrawy. Dalej trasa prowadziła w górę tej rzeczki, aż do obecnego Kluczborka, skąd ciąg kanałów prowadził kupców do rzeki Prosny. Podążając jej nurtem dopływali oni do miasta Kalisza.

Dalej trasa prowadziła do ujścia Prosny do Warty, a stąd w górę Warty, aż do ujścia potoku Meszna, który prowadził podróżujących do jeziora Słupeckiego, a dalej ciągiem kanałów i jezior prosto do stolicy Gepidów Kruszwicy.

Już ta krótka analiza wykazuje, że można z mapy Ptolemeusza wyciągnąć o wiele więcej ciekawych wniosków i to przede wszystkim takich, które potwierdzają słowiańskość tych ziem. Również samo nazewnictwo okazuje się całkiem łatwe do rozszyfrowania. Nieudolność historyków w tym zakresie wynika nie z tego, że te zagadki są aż tak skomplikowane, ale tylko i wyłącznie z tego, że oślepia ich blask srebrników jakie obiecują im turbogermańscy propagandziści. 

Ta sprzedajność i moralna degrengolada polskiej nauki jest główną przyczyną tego, że nasz naród do dziś nie może się zdobyć na to, aby poznać własną niezafałszowaną historię i ciągle w szkołach uczona jest ta, którą dla nas napisali nam nasi wrogowie.

O bursztynie i Bursztynowym Szlaku. Cześć pierwsza




O bursztynie i Bursztynowym Szlaku. Cześć pierwsza


Jantar był od tysiącleci jednym z najbardziej cenionych towarów luksusowych w Europie i na Bliskim Wschodzie.

Początki jego znaczenia sięgają epoki kamiennej i w tym czasie był on obok soli i krzemienia jednym z najważniejszych towarów wymiany handlowej.

Ostatnie badania znalezisk bursztynu w Hiszpanii i Portugalii wskazują jednak na inne źródła jego pochodzenia, przynajmniej w początkowym okresie i na południu Europy.
Do 3 tys przed nasza erą na Półwysep Iberyjski sprowadzano bursztyn, w tym przypadku należałoby raczej użyć określenia simetit, z Sycylii. Co ciekawe wyroby bursztynowe są tam znajdowane razem z wyrobami z kości słoniowej, którą sprowadzano z północnej Afryki. Jest to wskazówką tego, że droga wymiany handlowej przebiegała wzdłuż wybrzeży Afryki, co potwierdza postulowane przeze mnie w poprzednim artykule silne związki ludów R1b z Afryka


i wskazuje też na główny kierunek ekspansji tych ludów na wschód, wzdłuż południowych wybrzeży Morza Śródziemnego.


Bałtycki bursztyn zaczął dominować handel razem z ekspansją Słowian z Europy Środkowej na południe, od 3 tysiąclecia przed naszą erą. Jest to kolejna poszlaka wskazująca na pochodzenie ludów, które w tamtym okresie osiedliły się na obszarze Półwyspu Apenińskiego i Bałkanów. Osiedlająca się na południu Europy ludność słowiańska zabrała ze sobą do nowych ojczyzn również umiłowanie bursztynu, przez co stał się on w Epoce Brązu głównym towarem luksusowym w wymianie handlowej, przyczyniając się do powstania tak zwanego Szlaku Bursztynowego.

Zarówno Grecy jak i Rzymianie, ale również ludy Bliskiego Wschodu, jako potomkowie Słowian, cenili bursztyn nie tylko ze względu na jego zdobnicze zastosowanie, ale również ze względu na przypisywane mu znaczenie religijne.



Najprawdopodobniej największe ilości bursztynu sprowadzano nie w celach zdobniczych, ale jako podstawowy składnik kadzideł używanych w obrzędach religijnych.

Ta religijna rola bursztynu znalazła swój wyraz również w samej jego nazwie.

Ten minerał występuje w języku polskim pod dwiema różnymi nazwami.

Nazwa bursztyn wyprowadzana jest do niemieckiego określenia Bernstein (co miało jakoby oznaczać „płonący kamień“).

Jako bardziej pierwotna znana jest jeszcze nazwa „jantar“. Polska Wikipedia przechodzi sama siebie w próbie wytłumaczenia źródłosłowia nazwy jantar. Słowianie mieli ją jakoby przejąć od Litwinów a ci z kolei od Fenicjan, u których Jantar nazywano słowem janitar.

Dlaczego Litwini mieliby przejąć to słowo od Fenicjan, skoro nie mogli mieć z nimi żadnych kontaktów, pozostanie tajemnica specjalistów od turbogermańskiej propagandy.

Jednak warto zatrzymać się trochę przy tych określeniach i zastanowić się, co one tak naprawdę oznaczają i jakie jest ich prawdziwe pochodzenie.

Na wstępie zaznaczam od razu, że oba określenia to typowo słowiańskie nazwy i z Niemcami a tym bardziej z Litwinami nie mają one nic wspólnego.

Zacznijmy od prostszego przypadku, od określenia Jantar.

Zauważmy, że w tym słowie możemy wydzielić dwie składowe „Jan“ i „tar“. Słowo „tar“ jest wyrazem pochodzącym od zniekształconego słowa „dar“.
Kluczowym elementem jest jednak zrozumienie znaczenia słowa „Jan“. Oczywiście słowo Jan jest nam znane jako popularne w Europie imię. Wmawia się nam jednak, że ma ono pochodzenie semickie. Jednocześnie nie sposób nie zauważyć tego, że jest ono również obecne w wierzeniach i religii słowiańskiej np. w formie powszechnie obchodzonego wśród Słowian święta przesilenia letniego zwanego Nocą Kupały lub też Sobótką. Z tym świętem związany jest zwyczaj palenia ognisk zwanych ogniami świętojańskimi.

Wprawdzie Kościół Katolicki dołożył olbrzymich starań aby to święto poszło w niepamięć, ale jedyne co uzyskał, to zastąpienie wiary w Boga Światła i Jasności „JANA“ przez świętowanie chrześcijańskiego świętego o imieniu „Jan“

Oczywiście to, że u Żydów występowało imię Jan to nic dziwnego, ponieważ oni sami wywodzą się przecież od Słowian.


Pośrednim dowodem jest występowanie w panteonie Bogów rzymskich Boga o imieniu Janus. Bóstwo to jest pozostałością wiary słowiańskich przodków Rzymian.


Poza naszym określeniem tego święta, Noc Świętojańska, mamy też inne dowody lingwistyczne.
Np. u Chorwatów i innych Słowian południowych, słowo „Sjajan” oznaczy błyszczący, lśniący.
Co nasunęło mi pomysł sprawdzenia tych znaczeń po łacinie.
I tam znalazłem, że jasny to po łacinie lucidum. Łaciński bursztyn to lyncurium. To podobieństwo nie może być przypadkowe.
Podaje się, że określenie „lyncurium“ znaczy „rysi mocz“. Jest to ciekawa nazwa do której jeszcze wrócimy.
Można sobie nawet łatwo wytłumaczyć jak powstało to określenie. Ryś po niemiecku to Luchs wymawiany jako LUX. Lux natomiast to po łacinie światło lub jasność.

Dlatego więc późnośredniowieczni saksońscy skrybowie wymyślili tę bajeczkę o rysiu i w przepisywanych tekstach zamienili Lucidum na Lyncurium, aby pasowało to do ich niemieckiego brzmienia lux i aby ukryć powiązanie znaczenia bursztynu z pogańskim Bogiem.

Zresztą również po grecku bursztyn to świecący, błyszczący.

Mamy więc teraz już etymologię słowa Jantar, to „Światła Dar“ ewentualnie „Jasności Dar” i rozumiemy też skąd taka mnogość imion z rdzeniem Jan w języku polskim. Są to zresztą znaczeniowo bardzo piękne imiona.
W rezultacie nazwa „jantar” okazuje się być jak najbardziej logiczna i przekonywująca i z całą pewnością wywodzi się z języka Słowian z terenów obecnej Polski, a i można śmiało powiedzieć, że wywodzi się z języka polskiego.

To że Fenicjanie używali nazwę „Janitar”, to nic dziwnego, bo potwierdza to moją tezę, że wywodzili się oni od naszych przodków i byli też w pewnym sensie Polakami.


Tak na marginesie te poszukiwania pozwoliły mi trafić na ślad genezy innego popularnego imienia. Błyszczący po czesku to „lesklý” co moim zdaniem dowodzi, że imię Leszek pierwotnie znaczyło lśniący, błyszczący.

Jeśli chodzi o słowo „bursztyn“ to jego znaczenie nie jest tak łatwe do wytłumaczenia. W pierwszym rzędzie wynika to z trudności z przezwyciężeniem schematów myślowych jakie turbogermańska propaganda od stuleci wszczepia nam Polakom do głowy.

Bezustanne wmawianie nam przez polskojęzycznych naukowców i polskojęzyczne media kłamstw, że nasze słownictwo w znacznej mierze opiera się na zapożyczeniach z języka niemieckiego, nie pozwala nam na zobaczenie tego, że w rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie i to właśnie język niemiecki jest jednym wielkim zniekształceniem i zdeformowaniem języka słowiańskiego.

Również i w przypadku Bursztynu nie było inaczej. To właśnie Niemcy przejęli określenie Bursztyn od Słowian i zdeformowali do określenia Bernstein nadając temu wszystkiemu pozory logiki, przekształcając ten wyraz tak, aby jego etymologia wydawała się sensowna.

Pierwsze co zauważamy w słowie bursztyn, to jego podobieństwo do słowa „morszczyn“, które jest tylko jednym ze sposobów zapisu nazwy rozpowszechnionego w Bałtyku glona morskiego. Inną formą zapisu tego słowa jest wyraz „morsztyn“.

Żeby nie było niedomówień, „morsztyn“ nie ma nic wspólnego z językiem niemieckim, bo w tym języku, ani też w lokalnych niemieckich gwarach, nie ma tego, ani nawet podobnego do niego, określenia na ten glon.

Jest to zapewne forma wyrazu Morszczyn używana przez Żydów z nadbałtyckich miast w czasach średniowiecza.

Brak odpowiednika w języku niemieckim sprawia, że możemy być tego pewni, że nazwa Morszczyn (Morsztyn) jest typowo polska i jej pochodzenie musi dać się łatwo wyjaśnić na bazie naszego języka. I jeśli przezwyciężymy nasze kompleksy, to wcale to nie jest taki trudne.

Słowo to możemy podzielić na dwie składowe, które rozpatrywane osobno, są dla nas już łatwo zrozumiałe.

Pierwsza to „MOR“. Wbrew temu co jest często rozpowszechniane, ten rdzeń nie zawsze ma coś wspólnego z bagniskiem, ale w tym przypadku donosi się jednoznacznie do nazwy „MORZE“, co jeszcze lepiej widoczne jest np. w rosyjskim „море“, a nawet po łacinie jako „mare“.

Pierwotnie używano jednak żeńską formę tego wyrazu pisaną „MORIA“ lub MORYA“.

Tę nazwą określano zapewne Boginię morza i w tej formie imię to zawędrowało wraz z „Ludami Morza“ nad Morze Śródziemne, do Rzymian i na Bliski Wschód,


gdzie z czasem przyjęło formę MARIA i stało się popularne wśród Żydów, a być może i u innych tamtejszych Słowian. Wydaje się też więcej niż pewne to, że imię Maria nie ma nic wspólnego z żydowską spuścizną, ale egzystowało u Słowian już od zawsze, co było jedną z przyczyn tak wczesnego przyjęcia religii ariańskiej przez plemiona słowiańskie.


Teraz rozumiemy już dlaczego Fenicjanie używali naszą nazwę Janitar na określenie bursztynu. Po prostu jako potomkowie Słowian bardzo długo zachowali swoją słowiańską mowę i z nią wiele wyrazów, które używamy jeszcze obecnie w naszym języku.



Drugi człon wyrazu morszczyn to słowo „SZCZYN“. Jest to, obecnie rozumiane raczej jako wulgarne, określenie moczu.

W pierwszym momencie zaskakuje nas to zestawienie i zmusza nas do zadania pytania, co ma wspólnego Bursztyn z moczem.

Tu niestety mamy niewiele danych w języku polskim i w polskich podaniach, ale już u starożytnych Rzymian sprawa wygląda inaczej. Rzymianie nazywali Bursztyn słowem „Lyncurium“ co miało oznaczać jakoby mocz rysia.

Oczywiście ta etymologia jest zmyślona. Na co zwróciłem uwagę już poprzednio, ale cenna z tego względu, bo pokazuje powszechność przekonania u starożytnych ludów, że wiele zjawisk w przyrodzie miało być objawem działalności i pozostałością (w tym przypadku moczu) egzystencji Bogów.

Znajdowane na plaży plechy glonów kojarzono więc z moczem Bogini Morji.

Podobnie kojarzono więc znaleziska kawałków bursztynu wyrzuconych na brzeg po burzy. Uważano, że to skamieniały mocz Boga Burzy (Buri). W tej ostatniej formie znajdziemy to określenie w języku rosyjskim „буря“, białoruskim „бура“ i wielu, wielu innych językach słowiańskich.

We współczesnym Polskim słowo „burza“ kojarzymy tylko z nazwą zjawiska atmosferycznego. Przed tysiącami lat każde takie zjawisko było rozumiane przez Słowian jako objaw egzystencji Bogów.

Najbardziej czczonym Bóstwem był Bóg burzy i piorunów. Zapewne znano go pod rożnymi określeniami i do czasów literackich przetrwało określenie Perun. W starożytności musiało jednak egzystować również określenie Buria i od tego właśnie określenia powstała najpierw nazwa „Burjiszczyn“ by następnie uprościć się do określenia „bursztyn“.

To powiązanie z imieniem Boga burzy i piorunów tłumaczy też, dlaczego Niemcy zamienili słowo „SZCZYN“ na „STEIN“.

Wynikało to z tego, że u Słowian powszechnym też było przekonanie, że w trakcie burzy, jako objaw gniewu boga Burji (Peruna), z nieba spadają kamienie. To przekonanie uzasadnione było tym, że rzeczywiście w trakcie uderzenia pioruna o powierzchnię ziemi może dojść do stopienia obecnych tam minerałów i do powstania szkliwa o przedziwnych powykręcanych kształtach.

O czym pisałem np. tutaj:



Tę legendę przeszczepiono na wyrzucany przez morze w trakcie burzy bursztyn i zapewne wśród nadbałtyckich Słowian istniała równolegle legenda o bursztynach jako kamieniach spadających do morza po uderzeniach błyskawic, co skłoniło Niemców do zastąpienia wyrazu „szczyn“ przez wyraz „Stein“, przy jednoczesnym zastąpieniu litery „U“ przez literę „E“ w nazwie Bóstwa Burji.

Po wyjaśnieniu tych etymologicznych zagadek związanych z nazwą jantaru i bursztynu czas wrócić do równie ważnej zagadki. Tę pozostawił nam Ptolemeusz zamieszczając na swojej mapie cały szereg miejscowości na terenach obecnej Polski.

Rozszyfrowanie tych nazw ma pierwszorzędne znaczenia dla potwierdzenia słowiańskości terenów między Odrą a Wisłą w starożytności i stanowi kolejny dowód na kłamliwość turbogermańskiej propagandy.

Aby znaleźć odpowiedniki tych nazw na mapie topograficznej Polski nie można się niestety zdać całkowicie na ich ptolemeuszowski zapis.

Po pierwsze, żaden oryginalny zapis nie przetrwał do naszych czasów. Możemy się więc powoływać tylko na kopie kopii wykonane z kopii, kopii Ptolemeusza. Można sobie wyobrazić jak wiele błędów i przeinaczeń miało miejsce w trakcie ciągłego przepisywania tych nazw. Po drugie, już sam Ptolemeusz musiał polegać na informacjach osób trzecich, a ci nie musieli mu przekazać dosłownego brzmienia nazw tych miejscowości, szczególnie że dla Greków i Rzymian były one tak czy owak niewymawialne.


Dodatkowo również obecnie istniejące nazwy topograficzne mogły ulec zmianie i nie muszą przypominać w niczym swoich poprzedniczek sprzed 2000 lat.

Mimo to od lat ponawiane są wysiłki w znalezieniu sposobu na identyfikację tych określeń.

W ostatnich czasach ukazało się wiele prac na temat systematycznych błędów na tej starożytnej mapie, oraz propozycje na wprowadzenie odpowiednich poprawek. Te wysiłki nie przyniosły jednak oczekiwanych rezultatów.

Niestety współcześni naukowcy nie chcą przyjąć do wiadomości tego, że mapa Ptolemeusza nie była oparta na żadnych pomiarach, ale tylko na plotkach i bajaniach handlarzy i to często nie na podstawie własnych doświadczeń, ale zasłyszanych opisów.

Jak przystało na prawdziwego naukowca Ptolemeusz wiedział jak nadać tym bajaniom znamiona prawdopodobieństwa i użył do tego celu, tak jak robią to współcześni naukowcy, matematyki, przyporządkowując tym nazwom współrzędne geograficzne.

Ten podstęp okazał się skuteczny i do dzisiaj naukowcy próbują odkryć formułkę dzięki której uda się opisane przez Ptolemeusza nazwy miejscowości przydzielić do określonych współrzędnych geograficznych. Te wysiłki są skazane na niepowodzenie, bo po prostu takich pomiarów nigdy nie było i Ptolemeusz opierał się przy konstrukcji swojej mapy na mniej lub bardziej sprawdzonych pogłoskach, które dotarły do Aleksandrii.

Jeśli więc matematyka jest ślepą uliczką, to jak w takim razie możemy dokonać prawidłowiej rekonstrukcji położenia tych miejscowości z terenów polskich.

Poprzestawanie na szukaniu podobieństw w wymowie, jest niewystarczające. Tak samo próba rekonstrukcji prawidłowego brzmienia tych starożytnych miast ma małe szanse na powodzenie.

Moim zdaniem jedyna nadzieja w tym, aby zrekonstruować prawdziwy przebieg szlaku bursztynowego, bo tylko wtedy możemy zawęzić ilość wchodzących w grę miejscowości i zastanowić się, która z nich i dlaczego odpowiada najbardziej nazwom z mapy Ptolemeusza.

Tereny obecnej Polski były w starożytności celem wypraw handlowych Greków i Rzymian. Możemy przyjąć, że te kontakty handlowe dotyczyły całego szeregu rożnych wyrobów, jednak na żadnym produkcie zyski nie były tak duże jak na imporcie przez Rzym bałtyckiego jantaru.

Można więc z pewnością przyjąć, że informacje na jakich oparł się Ptolemeusz musiały pochodzić od handlarzy bursztynem. Oznaczało to również, że mogli oni zdać relację tylko z tych terenów, przez które przechodził szlak bursztynowy.

Wprawdzie nie można wykluczyć szlaków handlowych przebiegających z zachodu na wschód ale te były prawdopodobnie używane tylko przez słowiańskich kupców i dla Rzymian nie miały zapewne większego gospodarczego znaczenia. Musimy więc przyjąć, że te parę nazw, które znajdziemy na tej mapie, są zapewne ułożone tylko na tej linii po której odbywał się transport bursztynu.

Aby zlokalizować ten szlak musimy oprzeć się na tym, że starożytni kupcy podlegali takim samym prawom ekonomicznym jak handel współcześnie. Aby osiągnąć jak największe zyski musieli oni dążyć do minimalizacji kosztów własnych, a więc już od samego początku możemy wykluczyć te potencjalne szlaki, które wymagały szczególnie intensywnego transportu.

Naukowcy z upodobaniem prowadzą bursztynowy szlak bez uwzględnienia określonych trudności topograficznych. Jestem tego pewien, że Rzymianie nigdy by nie wpadli na tak głupi pomysł, aby bursztyn transportować przez góry lub niedostępne puszcze.

Już sama konieczność użycia tragarzy lub zwierząt jucznych doprowadziłaby to przedsięwzięcie na krawędź opłacalności, nie mówiąc już o tym, że zarówno tragarzy jak i przewodników zwierząt jucznych trzeba by mieć pod ciągłą kontrolą, aby nie dali dyla razem z towarem.

Tak więc moim zdaniem Rzymianie wybrali drogę która była najłatwiejsza do pokonania i gdzie w maksymalnym stopniu można było zdać się na transport wodny.

Jeśli spojrzymy na mapę Europy Środkowej to jedyny szlak jaki wchodzi w grę prowadzi przez Bramę Morawską.

cdn

Translate

Szukaj na tym blogu

Polecany post

Budowa Atomu

Ulubione

Google+ Followers