Rosetta connection





Zgodnie z harmonogramem dzisiaj miało miejsce lądowanie próbnika Philae na powierzchni komety 67P/Czuriumow-Gierasimienko. Po pierwszej euforii związanej z udanym lądowaniem, wśród obserwatorów nastąpiła konsternacja. Zamiast obiecanych zdjęć powierzchni komety ESA wprowadziła blokadę informacyjną. W centrum prasowym czeski film, nikt nic nie wie. Najprawdopodobniej albo lądowanie nie było udane albo informacje przekazywane przez lądownik są tak zagadkowe że ESA potrzebuje czasu na uzyskanie zielonego światła od wladz politycznych na opublikowanie tych informacji. Jakiego typu mogą one być zwróciłem już uwagę przed miesiącami ostrzegając przed problemami przy lądowaniu.


Możliwe są trzy scenariusze:

1.Gwałtowna emisja materii z powierzchni komety w miejscu lądowania uniemożliwia robienie zdjęć komety.

2. Zdjęcia komety pokazują otoczenie w kolorze.

3. Przesuniecie częstotliwości nadajnika uniemożliwia poprawną transmisję danych.

Potop



Wizja biblijnego potopu jest elementem kształtującym wyobraźnię każdego człowieka w sferze wpływów cywilizacji zachodnich. Jest czymś co mniej lub bardziej świadomie wpływa na myślenie każdego z nas.
Jest też synonimem atawistycznego strachu przed wszechogarniającą katastrofą.
Współcześnie traktujemy biblijny Potop jako mniej lub bardziej fikcyjne wydarzenie.

Co gorsza na skutek impotencji nauki w rozumieniu naszej rzeczywistości, świadomość aktualności zagrożenia „Potopem” zanikła. 

Co innego w przeszłości. Jeszcze przed paruset laty znaczne części wybrzeży Europy były ciągle zagrożone katastrofalnymi sztormami zalewającymi olbrzymie połacie terenu. Wiele tych powodzi pociągnęło za sobą olbrzymie spustoszenia tym dotkliwsze, że z zalanych terenów morze już nigdy nie ustąpiło.

Nasza współczesna cywilizacja zdołała poskromić to zagrożenie w znacznym stopniu tak że ludność wybrzeży żyje w złudnym przeświadczeniu bezpieczeństwa. Być może jest to jednak tylko czysty przypadek że te katastrofy w ostatnich czasach się nie powtórzyły.

Dlatego uważam za konieczne przypomnieć o tym, że to zagrożenie istnieje i do jakich  gigantycznych spustoszeń może ono doprowadzić. Jeszcze ważniejsze jest natomiast to aby poznać przyczyny tych zamierzchłych katastrof, bo tylko to daje możliwość przygotowania się na ich przyszłe nadejście. Nikt normalny nie ma chyba co do tego żadnych wątpliwości, że nasze bezpieczeństwo jest tylko złudne i następna katastrofa tuż przed nami.

Sięgnijmy więc do zapisków historycznych i przeanalizujmy te wydarzenia z punktu widzenia mojej teorii. Oczywiście nie chcę zanudzać analizą wszystkich takich zdarzeń i skoncentruję się na tych największych, ale spokojnie możemy założyć, że we wszystkich tych przypadkach ich mechanizm był identyczny z tym opisanym przeze mnie już w tym artykule.


Jedyna różnica polega na tym, że obszary wypiętrzane pod wpływem zaćmień słonecznych znajdują się w północnych rejonach Morza Północnego co powoduje zachwianie równowagi izostatycznej bloków skalnych w podłożu u wybrzeży Europy kontynentalnej i ich proporcjonalne obniżenie. 

Zalanie wybrzeża przez te wielkie sztormy jest tylko takim wyzwalaczem efektów które już dawno nastąpiły i przysłowiową kroplą przepełniającą czarę. Powodzie te zalewające ląd na wysokość nieraz i kilkunastu metrów obciążają taki teren milionami ton wody i powodują jego destabilizację i przyjecie nowego położenia równowagi. Tym razem poniżej powierzchni morza.
Przejdźmy więc do konkretów.

Oto lista wielkich zalewów połączonych z zatapianiem lądów na wybrzeżach Morza Północnego.


Dla przykładu spójrzmy jaka konfiguracja planet wystąpiła w trakcie powodzi w dniu 16 stycznia 1219 roku 


Pociągnęła ona za sobą śmierć około 100000 ludzi na wybrzeżu obecnej Holandii i Niemiec.
Powódź tę poprzedziła cała seria zaćmień słonecznych obejmujących również tereny Skandynawii i północnej części Morza Północnego. Decydującym było zapewne zaćmienie w dniu 24.07.1218 roku


szczególnie że rozkład planet w trakcie tego zaćmienia też należał do wyjątkowych.


Zgrupowanie wszystkich planet po jednej stronie Słońca i samotna pozycja Ziemi po drugiej, spowodowała dużą różnicę w poziomie Tła Grawitacyjnego dla Ziemi jako całości i jego lokalną wartością w rejonie zaćmienia, co pociągnęło za sobą również łatwość przejść fazowych minerałów we wnętrzu Ziemi. Warstwy skalne w północnym rejonie Morza Północnego i Skandynawii straciły przez to na wadze i zaczęły się izostatyczne wypiętrzać. Odpowiednio w rejonie wybrzeża Niemiec i Holandii zaznaczyła się tendencja odwrotna, która jednak nie od razu spowodowała zmiany wysokości tego terenu. Wczepione w siebie kompleksy skalne czekały tylko na impuls który je uwolni i pozwoli na znalezienie nowego poziomu równowagi. I ten impuls przyszedł w dniu 16.01.1219.

Następnym przykładem takiej powodzi jest powódź Łucji z roku 1287. Przynajmniej taka data została uznana za prawidłową. Są jednak i inne dane historyczne które wskazują na to, że w grę może wchodzić też inny okres czasu. Moja metoda pozwala nam na weryfikację tych informacji, wystarczy tylko sprawdzić kiedy miało miejsce zaćmienie słoneczne obejmujące północną część Morze Północnego lub Skandynawię, co ograniczy ten termin od „dołu” a następnie poszukać układu planet o szczególnie wysokich wartościach TG w podanym w zapiskach historycznych okresie roku.
W grę wchodziły następujące lata: 1277, 1280, 1282 i 1288 w dniach 15 do 17 grudnia. Jeśli teraz spojrzymy na rozkład zaćmień słonecznych w latach 1260 – 1280, to zauważymy że w roku 1279 miało miejsce zaćmienie które objęło tereny północnej części Morza Północnego.


To ono było odpowiedzialne za ten „potop”. Tak więc pozostaje nam sprawdzenie tego kiedy wystąpiła pasująca do teorii konstelacja planet i ta miała miejsce 16.12.1280 roku.


Tak więc data podawana w literaturze jest z pewnością fałszywa i prawidłowy czas wystąpienia tego „potopu” to od 15 do17.12.1280 roku.

Bardzo ciekawa sytuacja zaistniała na początku XVIII wieku. W tym czasie Europę nawiedziła cała seria zaćmień słonecznych obejmujących również Europę północną.


Szczególnie to w dniu 03.05.1715 nie oznaczało dla Europy północnej nic dobrego. Nastąpiło ono bowiem w momencie potrójnej koniunkcji planet i oznaczało dramatyczny wzrost wartości TG na Ziemi.

Na rezultaty nie trzeba było długo czekać i w ciągu następnych lat doszło do powodzi których rozmiary przeszły wszystko co znała ludzka pamięć. Najpierw doszło do tak zwanej powodzi Bożonarodzeniowej w dniu 24.12.1717 oraz rok później w dniu 25.02.1718. Swoje apogeum ta seria powodzi osiągnęła w roku 1720 w trakcie tak zwanej powodzi Noworocznej przy której znowu zapanowała sprzyjająca jej powstaniu konfiguracja planet.

Czy na podstawie tego co teraz poznaliśmy ktoś jeszcze może się łudzić że ta seria katastrof się skończyła? Wprost przeciwnie. Działalność ludzka oraz zapobieganie powodziom i zatapianiu lądu w ostatnich 2 stuleciach spowodowało wprost niewyobrażalny wzrost zagrożenia dla tych terenów. Wprawdzie zabezpieczenia te są doskonałe i zapobiegną nawet największym falom sztormów, ale nie pomogą w niczym kiedy równowaga izostatyczna mas skalnych podłoża zmieni się raptownie. To co rozkładało się na dziesięciolecia i powodowało stopniowe zatapianie lądów na wybrzeżu tym razem nastąpi w skumulowanej formie i setki kilometrów kwadratowych wybrzeża zapadną się głęboko pod powierzchnię Morza Północnego a wraz z nim miliony ludzi zamieszkujących te najbardziej zaludnione tereny Europy.

Pytanie więc nie brzmi czy dojdzie do takiej katastrofy ale kiedy?

I tu jest na to w stanie odpowiedzieć moja teoria. Katastrofa ta nastąpi najpóźniej w zimie roku 2061/62.


Przy odrobinie pecha może to już nastąpić znacznie wcześniej np. w roku 2048.


Najbliższe możliwe daty to lata 2024 i 2026 w których też dojdzie do niebezpiecznych zaćmień słonecznych.


Odpowiedni układ planet wystąpi np. w dniu 17.11.2024


w którym to Ziemia znajdzie się w zgrupowaniu planet wokół Jowisza i Saturna w trakcie ich wielokrotnej koniunkcji. Jeśli w tym czasie wystąpi odpowiednio silny sztorm na wybrzeżach Holandii i Niemiec to dobranoc.

I tym optymistycznym akcentem kończę na dzisiaj.

System Galileo może obalić Einsteina



Przed paroma miesiącami doszło do awarii rakiety Sojuz mającej wynieść na orbitę 2 satelity systemu „Galileo”.
Zamiast na orbicie kołowej na wysokości 23522 km znalazły się one na orbicie eliptycznej o apogeum 25000 km i perigeum 14000 km.
Po pierwszej panice pojawiły się analizy, że nie wszystko jeszcze stracone i że te satelity można wykorzystać.
Oczywiście najprościej będzie wykorzystać je do polepszenia dokładności systemu Galileo, ale co ciekawe pojawiła się niespodziewanie możliwość bardzo dokładnego przetestowania fundamentalnych pewników teorii fizycznych. Przypadkowo otworzyła się nam możliwość sprawdzenia tego, czy to co wiemy o grawitacji to prawda czy też po prostu zwykły wymysł.
Już od dawna zwracam na to uwagę, że fizyka tak naprawdę nie ma pojęcia o grawitacji i wszystko co dotychczas nam prezentowano to zwykłe pomieszanie z poplątaniem. Pomimo tego, że cały szereg obserwacji jednoznacznie wskazuje na to, że grawitacja nie jest właściwie interpretowana, fizykom udało się te problemy zamieść pod dywan. Niby każdy słyszał o anomalii Pioneera 


albo też o anomalii Fly-by 


ale jakoś ciągle przechodzimy nad tymi fundamentalnie ważnymi obserwacjami do porządku dziennego i fizykom udało się skutecznie zapobiec sprawdzeniu ich przyczyn.
Te dwie obserwacje mają bowiem potencjał zburzenia całego fundamentu współczesnej nauki i mogą udowodnić, że ta fizyka to tylko zbiór baśni i niczym nie potwierdzonych legend.
Szczególnie z powodu anomalii Fly-by fizycy mają pełne spodnie. Nikt bowiem z nich nie tylko nie wie jak to jest możliwe, że satelity nagle doznają zagadkowego przyspieszenia w trakcie tego manewru, oni po prostu nie wiedzą nawet w jakim kierunku szukać.

Tak więc zamiast natychmiast przystąpić do eksperymentów weryfikujących te obserwacje przyjęli oni odwrotną strategię i wszelkiego typu dane o tej anomalii są od dłuższego czasu utajniane.
Na usprawiedliwienie podaje się, że przecież tej anomalii nie obserwuje się w przypadku innych satelitów krążących wokół Ziemi.
Ale czy na pewno?
Każdy zapewne wie, że dzięki satelitom systemu GPS udało się dokonać bardzo dokładnego pomiaru punktów leżących na wszystkich kontynentach. Na drodze porównań tych pomiarów stwierdzono, że kontynenty ulegają przemieszczaniu.

Kontynenty wędrują?


I na podanej mapie widać nawet kierunki tego przemieszczania się. Wszystko niby jasne, gdyby nie to, że to przemieszczanie się nie jest bynajmniej przypadkowe (czego należałoby się spodziewać) ale wysoce skoordynowane tak jakby wszystkie one miały jeden wspólny cel na północ od wyspy Guam.
Ta obserwacja pozwala nam stwierdzić, że w rzeczywistości satelity GPS nie mierzą wcale przemieszczania się kontynentów ale jest to pomiar efektu Fly-by, w odniesieniu do Ziemi, któremu ulegają one na swojej orbicie.

Te nieszczęśliwe satelity Galileo stworzyły nam możliwość dokładnego pomiaru ich prędkości własnej, w momencie przejścia przez perigeum, a tym samym udowodnienia, że ten efekt jest realny. Ten dowód oznacza jednocześnie że miejsce Einsteina i Newtona jest w koszu na śmieci tak samo jak i innych zwariowanych pomysłów fizyków.

Oczywiście tego typu pomiary nie zostaną nigdy przeprowadzone a satelity zostaną wyłączone na zawsze. Przecież nie można doprowadzić do takiej sytuacji aby ten zniewolony motłoch dowiedział się, że rządzące elity to bezczelni oszuści.

O fikołkującej Ziemi



Jednym z najbardziej fascynujących zjawisk w przyrodzie jest zdolność niektórych ciał niebieskich do raptownej zmiany swojej orientacji w przestrzeni. Typowym przedstawicielem tej grupy jest księżyc Hyperion, u którego orientacja osi jego obrotu ciągle się zmienia i księżyc ten koziołkuje na swojej orbicie.


Hyperion jest przykładem ekstremalnej formy takiego zachowania. Inne ciała niebieskie z tej grupy wykonują takie fikołki sporadycznie i do tej grupy należy też Ziemia. Dotychczas „nauka” ignorowała taką możliwość, zdając się na biblijne zapewnienia o niezmienności i doskonałości dzieła Bożego.
Niestety te biblijne majaczenia nie mają z realiami nic wspólnego i nasza rzeczywistość jest wysoce zmienna, w części podlegająca nawet chaotycznym zmianom.

O takiej naturze orbity naszej planety pisałem już w przed rokiem zwracając uwagę na to, że tak zwane przebiegunowania na Ziemi nie mają nic wspólnego z zaburzeniami jakiegoś enigmatycznego dynama związanego z jej jądrem ale są rezultatem fizycznego obrotu osi Ziemi o 180° w przestrzeni.


Ostatnie trwałe przebiegunowanie miało miejsce przed około 780000 lat. Tak zwane przebiegunowanie Brunhes-Matuyama stanowi jednocześnie granicę pomiędzy dolnym i środkowym plejstocenem, co oznaczało też znaczący przełomem w warunkach panujących na Ziemi, na tyle ważny, aby uznać to przyjście za granicę między odrębnymi epokami geologicznymi.

Dotychczas granicę tę datowano w dużym przedziale czasowym pomiędzy 770000 i 790000 lat.
Włoskiemu naukowcowi Leonardo Sagnottiemu z Narodowego Instytutu Geofizyki i Wulkanizmu w Rzymie udało się tę datę sprecyzować. Podstawa tego były jego badania wulkanicznych osadów w niecce Sulmona na wschód od Rzymu w której to, w podanym poprzednio okresie, dochodziło do prawie że ciągłego odkładania się wulkanitów, co pozwoliło na precyzyjne ustalenie interesującej nas daty. Okazało się mianowicie, że przejście to nastąpiło dokładnie przed 786000 lat..


Wyniki dalszej analizy zszokowały „naukowców”. Okazalo się że samo przejście pomiędzy odwróconym a obecnym kierunkiem pola magnetycznego nastąpiło prawie że natychmiastowo. „Naukowcy” przyjęli że musiało ono trwać krócej niż 100 lat, co jest wartością i tak zawyżoną.
Dodatkową niespodzianką było to, że w przeciwieństwie do obecnie obowiązujących przesądów „naukowych” nie wystąpiły żadne stadia pośrednie z polami magnetycznymi w rejonie równikowym. Stwierdzono również, że w okresie poprzedzającym wystąpiła faza fluktuacji pola magnetycznego ze znacznymi osłabieniami jego „siły” jak i szybkiego oddalania się biegunów magnetycznych od osi obrotu Ziem.


Niepokojące jest to, że już od dłuższego czasu obserwuje się podobne zachowanie biegunów magnetycznych współcześnie i nie jest wykluczone, że kolejny fikołek Ziemi za pasem.

Konsekwencje tego muszą być dla ludzkości katastrofalne i w praktyce oznaczać będą „Koniec Świata” Nie tylko może spowodować to dramatyczne natychmiastowe zmiany klimatu, olbrzymie zaburzenia atmosferyczne, czy też monstrualne tsunami, co w dalszej perspektywie zwiększy aktywność geofizyczną na Ziemi do nieznanych w historii rozmiarów. Nie bez przyczyny na dnie oceanów obserwuje się przebiegające równolegle do osi grzbietów oceanicznych strefy o przeciwnym namagnesowaniu minerałów. Strefy te tworzyły się właśnie bezpośrednio po przebiegunowaniu ponieważ warunki fizyczne w tych okresach na Ziemi ulegają dramatycznej zmianie, co w konsekwencji prowadzi do gigantycznych wylewów skał wulkanicznych na powierzchnię naszej planety i stopniowy wzrost wielkości Ziemi. Po każdym takim zjawisku Ziemia zwiększa swój promień w sposób znaczący. Dla przyrody i tym samym dla człowieka, panujące w tym czasie warunki środowiskowe są zabójcze i z dużym prawdopodobieństwem doprowadzą do wymarcia naszego gatunku. W najlepszym razie cofną naszą cywilizację do epoki kamiennej, co tak na marginesie, dopasuje ją do poziomu intelektualnego naszych obecnych elit.

Translate

Szukaj na tym blogu