Skąd się biorą dziury w ….Ziemi

Skąd się biorą dziury w ….Ziemi

Czasami zdarzają się odkrycia specjalnych fenomenów na Ziemi, które zadziwiają swoim pojawieniem się, również ekspertów.
Jeszcze bardziej zadziwiające jest jednak to, że ci „eksperci” nie są w stanie przełamać swoich torów myślenia i poszukać rozwiązań wykraczających poza zakres ich codzienności. Prowadzi to z konieczności do bardzo fragmentarycznego spojrzenia na naszą rzeczywistość i nie pozwala dostrzec tego, że zjawiska we wszechświecie podlegają wspólnym mechanizmom.

Tak ma się też sprawa z przypadkiem odkrycia zagadkowej dziury w ziemi na półwyspie Jamał.


Oczywiście tak jak się można było tego spodziewać nasi „eksperci” natychmiast wiedzieli co jest grane. Oczywiście erupcja ta była związana z eksploatacją gazu ziemnego.

Ale czy na pewno?

To pytanie nie miałoby uzasadnienia gdyby nie fakt, że również gdzie indziej tego typu dziury w podłożu nie należą do rzadkości. Co więcej, nie należą one też do rzadkości na innych ciałach niebieskich Układu Słonecznego. 

Równie sensacyjnie prasa donosiła, jakiś czas temu, o tajemniczej dziurze na Marsie, a której wygląd jest prawie że identyczny z tą z Syberii.


Co więcej również na Marsie takie dziury to normalka i można przytoczyć cały szereg przykładów podobnych dziur.



I jakby tego było mało takie same dziury stały się przedmiotem zainteresowania NASA, ale dla odmiany na Księżycu



Gołym okiem widać identyczność formy tych dziur, czy to na Ziemi, czy też na Księżycu, albo na Marsie.

Czy jest to możliwe, aby identyczne formy morfologiczne na tak rożnych ciałach niebieskich powstały na zasadzie rożnych mechanizmów działania?

Oczywiście wykluczyć się to nie da, ale o wiele bardziej logiczne musi się nam wydać takie rozwiązanie, w którym dziury te powstają według identycznego schematu.

I oczywiście nasza intuicja nas nie myli. We wszystkich tych przypadkach mamy do czynienia z identycznym mechanizmem w którym niebagatelną rolę odgrywają koniunkcje ciał niebieskich.

Jeszcze ważniejsze jest jednak to, że „skaliste“ ciała niebieskie układu słonecznego nie różnią się w niczym w swojej wewnętrznej budowie od komet, i odpowiadają zbiorowi zespolonych fragmentów materii słonecznej powstałych w trakcie erupcji na naszej gwieździe. Fragmenty te odpowiadają swoim składem chondrytom i zbudowane są znacznej części z wody, wodoru i węgla.


Tego typu mieszanina jest oczywiście bardzo podatna na przejścia fazowe inicjowane poprzez koniunkcje planet. W efekcie dochodzi do lokalnego podwyższenia temperatury podłoża i uwolnienia związanych ze skałami gazów i cieczy. To uwolnienie może przybrać formę eksplozji i w zależności od uzyskanych temperatur zakończyć się wybuchem wulkanicznym albo eksplozją pary wodnej czy też erupcją wodno-gazową.



Również w przypadku Marsa związek obecności tej dziury ze ścieżką przejścia zaćmienia słońca na tej planecie jest nie do podważenia i jest dokładnie widoczny na zdjęci w formie pasmowego obniżenia terenu.



A jak było na półwyspie Jamał?



Również tam stosunkowo niedawno miało miejsce zaćmienie Słońca które dokładnie objęło teren krateru.


I również tam doszło do przemian fazowych w gruncie w wyniku czego wytworzyły się rożne generacje wakuoli budujących materię o rożnych własnościach oscylacji własnych.

http://krysztalowywszechswiat.blogspot.de/2013/08/zagadka-enceladusa.html

Po latach wzajemnej synchronizacji tych oscylacji doszło do takiego podwyższenia temperatury wiecznej zmarzliny że ta uległa stopieniu i uwolniła znajdujący się w niej metan.

Efektem była gwałtowna erupcja gazu i gorącego szlamu z wnętrza Ziemi.


Taki sam przebieg mają też erupcje na Marsie i Księżycu. Również na tych ciałach niebieskich występuje pod powierzchnią warstwa wiecznej zmarzliny w której gromadzi się pierwotny metan powstały w reakcji wodoru i węgla znajdującego się w chondrytowym wnętrzu tych ciał niebieskich.
Oczywiście ten sam mechanizm funkcjonuje również na dużych głębokościach pod powierzchnią i prowadzi do inicjacji procesów wulkanicznych.

Jeśli przeprowadzimy dokładne poszukiwania na trasie wyżej wymienionego zaćmienia słonecznego w obrębie strefy wiecznej zmarzliny to zauważymy że cała ta trasa usiana jest podobnymi dziurami wypełnionymi wodą i powstałymi bezpośrednio po zaistnieniu takiego zaćmienia. Przy pomocy dokładnych pomiarów geodezyjnych jest też możliwe wykazanie tego, że na całym obszarze wystąpienia zaćmienia słonecznego nastąpiło sygnifikantne obniżenie wysokości tego terenu w stosunku do otoczenia a wynikające z podobnych efektów ale w znacznie mniejszej skali intensywności.

Oczywiście również Polska może być potencjalnym obszarem wystąpienia podobnych efektów, szczególnie że wieczna zmarzlina na terenach Suwalszczyzny jest całkiem znacznie rozprzestrzeniona.

Reasumując - wiedza przyrodnicza fizyków znajduje się na poziomie odpowiadającym średniowiecznym alchemikom i nie zapowiada się że będzie lepiej.


O powstaniu Wszechświata i paru innych ciekawostkach

O powstaniu Wszechświata i paru innych ciekawostkach


Jednym z najbardziej zatwardziałych mitów współczesnej astrofizyki jest przekonanie o tym, że obserwowana wszechobecność kraterów, pokrywających powierzchnię większości ciał niebieskich w Układzie Słonecznym, jest rezultatem wzajemnych ich zderzeń.

Zderzenia te miałyby być konsekwencją przyjętego przez „naukowców” mechanizmu tworzenia się gwiazd i ich układów planetarnych, zgodnie z którym, powstały one z pierwotnego nagromadzenia materii w formie obłoku i stopniowej koncentracji tej materii, w rezultacie zapadania się takiego obłoku, oraz procesów akrecyjnych.

Zgodnie z tym, tworzenie się większych ciał niebieskich byłoby związane z przychwytywaniem mniejszych składników tego obłoku przez większe, w wyniku wzajemnych zderzeń.


Oczywiście założenie takiego mechanizmu powstawania ciał niebieskich stwarza konieczność bardzo dużej częstotliwość zachodzenia tego zjawiska i musi pozostawić po sobie dużą liczbę kraterów na ich powierzchni.

Założona hipoteza jest tylko wtedy realna, jeśli w przeszłości US występowała ekstremalnie duża koncentracje takich skupisk materii w przestrzeni. Inaczej nie mogłoby dojść do powstania takiej formy układu planetarnego jaki obserwujemy.

Zmusiło to do przyjęcia tezy, że główna faza takich zderzeń była procesem krótkim i ograniczonym do początkowego okresu istnienia układu planetarnego oraz do tego, że obserwowane kratery, na powierzchni ciał niebieskich, pochodzą właśnie z tej fazy ich rozwoju.

Jednocześnie musiałby być to proces radykalnie efektywny, ponieważ wyczyścił on przestrzeń US prawie całkowicie z resztek tej pierwotnej materii i to w akcie prawie że jednorazowym.

To założenie jest jednak tak naprawdę nieprawdopodobne, bo sprzeczne z naszym poczuciem logiki (przynajmniej u tych którzy potrafią wyciągać logiczne wnioski).

Z doświadczenia wiemy, że podobne procesy maja przebieg stopniowy i prawdopodobieństwo zajścia jakiegoś zdarzenia maleje wykładniczo, w miarę tego, jak stopniowo maleje też ilość obiektów biorących w nim udział.

Planetologia wymusza od nas tym samym, uwierzenie w coś, co sprzeczne jest z naszym doświadczeniem. To nasuwa nam myśl, że ten model, który propagują „naukowcy”, nie może być modelem realistycznym.

Jaką mamy jednak alternatywę?

Taką alternatywę daje nam mój model budowy Wszechświata.

Według przyjętych przeze mnie mechanizmów, ewolucja wszechświata jest cyklicznym procesem związanym z postępującą generacją materii, kosztem zanikającej przestrzeni, oraz aktu destrukcji tejże materii do jej składników podstawowych, czyli wakuoli przestrzeni, po zakończeniu takiego cyklu.

W rezultacie każdy utworzony z przestrzeni atom, przynależy w przeciągu swojego istnienia, do coraz bardziej złożonych zgrupowań materii, od pojedynczej molekuły począwszy, a na gwiazdach skończywszy.

Również meteoryty lub komety nie zachowują swojej formy wiecznie i przynajmniej niektóre z nich, w trakcie swojego istnienia, zwiększają swoją masę przechodząc w coraz to większe formy, aby po fazie planety jakiegoś układu słonecznego, stać się z czasem pełnowartościową gwiazdą.


O takim a nie innym mechanizmie funkcjonowania naszej rzeczywistości świadczy obserwacja która już od lat przysparza astrofizyków o ból głowy.



Chodzi mianowicie o to, że w wielkoskalowych strukturach wszechświata daje się zauważyć zadziwiającą zgodność orientacji poszczególnych ich składników.

Innymi słowy, w gromadzie galaktyk poszczególne najjaśniejsze jej galaktyki wykazują generalnie taką samą orientację w przestrzeni i to mimo tego, że oddalone są one od siebie niekiedy o „setki milionów” lat świetlnych.

Oczywiście trzeba tu uwzględnić to, że te przepowiednie „naukowców”, co do odległości obiektów kosmicznych od siebie, są tak samo „gówno warte” jak i inne ich teorie.

Co gorsza, również skupienia takich gromad wykazują taką samą przestrzenną zgodność orientacji, przy wzajemnym oddaleniu liczonym już w „miliardach” lat świetlnych.

Oczywiście taka zgodność orientacji w żaden sposób nie może być wytłumaczona w ramach obowiązujących teorii kosmologicznych i wymaga przyjęcia założeń równoznacznych z wiarą w cuda.

Inaczej w moim modeli wszechświata.

Zgodnie z moją teorią cały wszechświat wywodzi się pierwotnie z pojedynczej oscylującej nieciągłości, której oscylacje interferowały wzajemnie ze sobą tak, że utworzyły się dwie osobne jednostki przestrzeni.

Początkowo więc nasz wszechświat składał się z dwóch niewyobrażalnie małych oscylujących bąbelków przestrzeni

Te z kolei, inter-reagując ze sobą, wytworzyły kolejne dwie potomne jednostki przestrzeni.

Proces ten powtarzał się wielokrotnie i z każdą taką oscylacją podwajała się też przestrzeń naszego wszechświata. Ponieważ oscylacje wszystkich jego składników były absolutnie skoordynowane i w stanie wzajemnie potęgującego się rezonansu powodowało to , że częstotliwość tych oscylacji wzrastała nieustannie.

Do momentu w którym osiągnęła taką wartość, przy której sąsiadujące ze sobą jednostki przestrzeni, przeniknęły się wzajemnie tworząc pierwsze atomy materii.



Te zaś, reagując ze sobą, tworzyły coraz bardziej skomplikowane połączenia jednostek przestrzeni, generując kolejne, wyżej zorganizowane, formy atomów.
Po kolei cała dostępna przestrzeń nowo utworzonego wszechświata przeszła w formę materii i pierwotny cykl jego ewolucji został zakończony.

Nasz wszechświat zastygł na „mgnienie oka” jako pojedynczy kryształ materii.

Kolejny cykl rozpoczął się w tym momencie, kiedy pojedyncze atomy z których zbudowany był Kryształowy Wszechświat zaczęły koordynować swoje oscylacje zwiększając nieustanie ich częstotliwość.
Po osiągnięciu wielkości granicznej w jednym wybuchowym akcie nasz Kryształowy Wszechświat przestał istnieć przechodząc znowu w formę wszechświata zbudowanego z przestrzeni.

W którymś z takich początkowych cykli doszło jednak do zaburzenia i nie wszystkie atomy rozpadły się na pojedyncze wakuole.

To one właśnie stały się zaczątkiem przyszłych galaktyk i ich zgrupowań.

Wraz z wzrostem liczby takich atomów, w kolejnych cyklach, wzrosła też szansa ich wzajemnych powiązań i z atomów powstały początkowo cząstki, pył kosmiczny, pierwsze meteoryty, rosnące następnie do wielkości planet, a te z kolei do pierwszych gwiazd i ich układów planetarnych.

Takie właśnie pierwotne układy planetarne stały się następnie zaczynem tworzenia się pierwszych skupisk gwiazd ewoluujących następnie do galaktyk i ich gromad.

Rozwiniecie tego tematu przedstawiłem tutaj.


Taki schemat ewolucji wszechświata wymusza jednoznacznie to, że galaktyki które utworzyły się z ewolucji pierwotnego systemu planetarnego muszą mieć taką samą orientacje przestrzenną jaka była właśnie jego udziałem.

W historii wszechświata akt pierwotnego stworzenia był więc o wiele mniej dramatyczny niż wydumali to sobie astrofizycy wzorując się na biblijnym przykładzie. Zamiast „Wielkiego Wybuchu”, u zarania naszego wszechświata, stoi zjawisko utworzenia się dwóch pojedynczych wakuoli przestrzeni, których sumaryczna przestrzeń w trakcie cyklu pojedynczej oscylacji była równa zero.

Ich wzajemny rezonans interferencyjny doprowadził następnie do powtórzenia się tego zjawiska i do podwojenia się liczby elementów przestrzeni z każdym cyklem oscylacyjnym. Już kilkadziesiąt takich cykli, podwajania się liczby jednostek przestrzeni, wystarczyło na to, aby wszechświat osiągnął wielkość większą niż obserwowana obecnie, i zapewne stałby się nieskończenie wielki gdyby nie to, że proces ten przerwało wystąpienie pierwszego zaburzenia symetrii, związanego z utworzeniem się atomów materii i przerwanie zjawiska wzajemnego rezonansu oscylacji.

Odbiegliśmy trochę od naszego początkowego tematu, ale było to konieczne, aby zrozumieć to, że nasz Wszechświat jest bezustannie ewoluującą jednością i wbrew wyobrażeniom wielu, nie występuje w nim nigdy żadna faza stagnacji.

Tym samym, również w przypadku ewolucji planet, takiej stagnacji nie ma i nie było. Planety ewoluują więc bardzo intensywnie i postulowana przez naukowców ich niezmienność od 4,5 mld. lat jest oczywistą niedorzecznością.


Powoływanie się w przypadku obserwacji kraterów, na powierzchniach planet, na „wielkie bombardowanie” świadczy tylko o kompletnym niezrozumieniu przez nich zasad na jakich tak naprawdę bazuje fizyka.

Przy powstaniu kraterów, zderzenia z innym ciałami niebieskimi odgrywają tak naprawdę tylko marginalną rolę i główną przyczyną ich powstania jest podgrzanie materii we wnętrzu ciał niebieskich do poziomu jej przejść fazowych. W olbrzymiej części przypadków prowadzi to oczywiście do eksplozywnego wulkanizmu, w którym zasadniczą rolę odgrywają gazowy metan i para wodna.

W przypadku ciał zbudowanych głownie z zestalonych gazów i cieczy, są oczywiści potrzebne inne warunki brzegowe niż w przypadku materii skalistej, ale w każdym przypadku mechanizm ich powstania jest identyczny.


Co ciekawe nie musimy sięgać aż tak daleko w kosmos i zjawiska te jesteśmy w stanie obserwować również na Ziemi, w całej ich krasie.

O tym pisałem już np. tutaj


Ostatnio pojawiła się kolejna obserwacja która potwierdza jeszcze raz w całej rozciągłości moją tezę.


Tym razem zaobserwowano, że dno Morza Barentsa usiane jest kraterami często o średnicy kilkuset metrów.


Oczywiście autorzy nie omieszkali wykorzystać te obserwacje do propagandy na rzecz nieistniejącego klimatycznego ocieplenia spowodowanego jakoby przez CO2, ale tak naprawdę ich wytłumaczenie jest kompletną bzdurą.

Gdyby rzeczywiście ustąpienie lodowca przy końcu ostatniej epoki lodowcowej oraz wzrost temperatury byłyby tego przyczyną, to mielibyśmy całkiem inny obraz sytuacji i zamiast punktowych kraterów, dno morza przeorane byłoby wielkopowierzchniowymi zaburzeniami.

Tymczasem wszystko wskazuje na lokalne podgrzanie złoża klatratów metanu i ich gwałtowne przejście w fazę gazową połączoną z eksplozywnym wulkanizmem.

Zresztą to zjawisko nie jest ograniczone tylko do dna morz, choć tam występuje najczęściej. Również na ladzie, w strefie wiecznej zmarzliny, widzimy powstawanie takich struktur i to nawet współcześnie.

W tym artykule opisałem to zjawisko jak i wytłumaczyłem mechanizm jego powstania


Oczywiście nie jest to jedyne odkrycie w ostatnim czasie, które potwierdza prawdziwość mojego mechanizmu powstawania zjawisk geofizycznych na Ziemi.

W kolejnym artykule


możemy się dowiedzieć, że najnowsze badania wskazują na to, że postulowane zbiorniki płynnej magmy we wnętrzu Ziemi, są tylko zwykłym zmyśleniem.

Badania kryształów cyrkonu, a szczególnie pierwiastka litu w nich zawartym udowodniło, że magma w której te kryształy cyrkonów się rozwinęły, tylko przez ekstremalnie krotki czas, w porównaniu do wieku takiego kryształu, mogła znajdować się w stanie płynnym i uległa temu upłynnieniu bezpośrednio przed samym wybuchem. W pozostałym okresie miała ona postać stałą.

Jak jednak doszło do tego upłynnienia o tym „fizycy” nie maja najmniejszego pojęcia.

Nie inaczej zresztą jak i o samej fizyce.




Kolejne bajeczki fizyków o falach grawitacyjnych

Kolejne bajeczki fizyków o falach grawitacyjnych


Jeśli spojrzeć na listę laureatów nagrody Nobla, z dziedziny fizyki, w ostatnich latach to zauważymy, że przyznano ją przeważnie za „odkrycia” których w żaden sposób nie można zweryfikować pod względem ich prawdziwości.

Sytuacja jest już tak paranoiczna, że tak naprawdę nagrodę tę powinno się przemianować na nagrodę za bajkopisarstwo i mitomanię.

Nie inaczej zapowiada się też i w tym roku. Szykuje się nam kolejny przykład tego, że ta prestiżowa nagroda zostanie przyznana za wymysły. No może z tym prestiżem to już nie to co kiedyś, od czasu jak się okazało, że o jej przyznaniu decyzje zapadają w centrali CIA. Ale mimo to wielu beznadziejnie naiwnych jeszcze w to wierzy, że ma ona coś wspólnego z nauką.

Tym razem duże szanse mają „fizycy” zajmujący się tzw. „falami grawitacyjnymi” z USA i Niemiec.
Tam właśnie fizyka mityczna cieszy się największą popularnością i tam też publikowane jest najwięcej „dzieł” z dziedziny „bajecznej fizyki”

Jak zameldowały o tym najważniejsze media, zespól „naukowców” po raz trzeci zarejestrował efekt fal grawitacyjnych w urządzeniu „LIGO”.


I również tym razem do tego sygnału została wymyślona kolejna bajeczka o falach grawitacyjnych. Mało tego, wykryto nawet całkiem nową ich klasę.

Oczywiście i tym razem jest to bujda na resorach.

Tak jak to pisałem już tu


żadnych fal grawitacyjnych nie ma i obserwowane efekty mają charakter lokalny i związane są z parametrami orbity Ziemi wokół Słońca.

Niestety ta mafia nierobów i naciągaczy, nazywająca siebie fizykami, opracowała perfidny system wyłudzania pieniędzy od społeczeństwa sugerując mu, że jest w stanie wyjaśnić jak funkcjonuje nasza rzeczywistość. W tym celu opracowano cały zestaw bajek i mitów poprzeplatany wymysłami wołającymi o pomstę do nieba, a propagowanymi przez mafijną instytucję nazywającą siebie nauką.

Od lat już ta banda beatyfikuje swoich najbardziej cwanych złodziei w formie coraz to kosztowniejszych nagród i zaszczytów. Społeczeństwo ładuje w tych mitomanów i w ich bezsensowne zabawki miliardy, otrzymując w zamian coraz to większy stek bzdur.

Ostatnia nadzieja w tym, że normalni ludzie zaczną patrzeć na ręce tym oszustom i sprzeciwią się wyłudzaniu pieniędzy ich kosztem.

Najgorsze jest to, że fałszywość tej całej, pożal się Boże, „fizyki” jest tak naprawdę widoczna dla każdego, kto wykaże się choć minimalnymi zdolnościami do logicznego myślenia. Ta umiejętność jest co prawda wśród ludzkości w zaniku, ale mimo to wśród setek tysięcy fizyków powinno znaleźć się choć paru sprawiedliwych. Ale gdzie tam. Przez wytrwałą selekcję psychopatów i eliminację ludzi myślących, dopracowano się perfekcyjnego bandyckiego systemu opartego na kłamstwie i źle.

Tak naprawdę to już sama data zarejestrowania tego efektu powinna wzbudzić u uczciwego naukowca podejrzenia.

Sygnał ten zarejestrowano mianowicie 4 stycznia tego roku o godzinie 10∶11:58.6 UTC.

Nie był to taki sobie zwyczajny dzień. Właśnie 4 stycznia Ziemia osiąga punk największego zbliżenia do Słońca. Punkt ten jest nazywany, w mechanice ciał niebieskich, terminem perycentrum, i występuje w przypadku wszystkich orbit eliptycznych, parabolicznych i hiperbolicznych ciał niebieskich.

Nie przywiązywano tak naprawdę do niego żadnej wagi, aż do momentu zaobserwowania zjawiska które współczesna fizyka nie jest w stanie w żaden sposób wyjaśnić.

Tym zjawiskiem jest tzw. anomalia Fly-by.

O tym zjawisku pisałem tutaj.


I jak potwierdziły to już wielokrotnie obserwacje, powoduje ona niezrozumiałe zmiany w częstotliwości sygnału wysyłanego przez sondy, w momencie osiągnięcia perycentrum.

Oczywiście każde ciało niebieskie ulega tej właśnie anomalii, ale tylko w specyficznych warunkach brzegowych była ona rejestrowana przez istniejące instrumenty badawcze.

Urządzenie LIGO otworzyło po raz pierwszy możliwość obserwacji takich zmian w skali planety Ziemia.

Tak jak pisałem w moim artykule, efekt tego zjawiska jest w przypadku Ziemi niewyobrażalnie mały, ale interferometr LIGO ma dostateczną czułość aby go zaobserwować, co też i nastąpiło.

Wprawdzie występuje parogodzinna różnica czasowa pomiędzy peryhelium Ziemi, a zaobserwowaną zmianą częstotliwości promieniowania lasera, ale wynika ona tylko i wyłącznie z tego, że punkt interferencji modulacji częstotliwości oscylacji przestrzeni generowanych przez Ziemię i Słońce jest dodatkowo zależny od szeregu innych źródeł takich modulacji, a więc od położenia innych ciał niebieskich w Układzie Słonecznym i nie pokrywa się idealnie z czasem największego zbliżenia.

Nie ma to jednak żadnego wpływu na prawdziwość mojej koncepcji.

Zresztą jej weryfikacja jest dziecinnie prosta i już 4 stycznia następnego roku otworzy się nam następna tego możliwość. Również w następnym roku zaobserwujemy powstanie tego sygnału, wprawdzie w trochę innym czasie ale jest to też zrozumiale.
W przyszłym roku układ ciał niebieskich będzie po prostu inny.

To że dwie czarne dziury łączą się ze sobą tylko 4 stycznia każdego roku, gdzieś w czeluściach wszechświata, jest tak nieprawdopodobne, że nawet „fizycy” będą mieli opory z opowiadaniem takich bzdetów.

Jak znam tych oszustów, to zapewne na koniec tego roku LIGO zostanie wyłączony, aby nie daj Bóg ich machloje nie wyszły publicznie na jaw.

Chimera z Arezzo

Chimera z Arezzo



Brązowa rzeźba chimery, mitycznego stworu łączącego w sobie cechy lwa, kozy i węża, należy do jednych z najbardziej znanych dzieł etruskich i do największych osiągnięć sztuki tego ludu.


Rzeźba ta nawiązuje do greckiej mitologii i interpretowana jest jako przykład wpływu kultury greckiej na Etrusków.

Poza jej walorami artystycznymi, jest ona dla nas interesująca ze względu na widoczny na niej etruski napis.



Napis ten jest oczywiście przez oficjalną naukę interpretowany w sposób całkowicie fałszywy i to mimo tego, że jest w gruncie rzeczy bardzo łatwy do odczytania (przynajmniej na pierwszy rzut oka).

Oczywiście warunkiem jest zaakceptowanie słowiańskiego pochodzenia Etrusków jak i tego, że posługiwali się oni słowiańską mową.

Napis jest jednak etruskim zwyczajem zaszyfrowany i wymaga najpierw prawidłowego odczytania zawartych w nim liter.
Wprawdzie większość z nich jest tu napisana jednoznacznie, ale w dwóch przypadkach występuje konieczność deszyfracji.



W pierwszym przypadku interpretacja jest łatwa. Mamy tu bowiem do czynienia z literą przypominającą greckie „N” 


w której jednak z łatwością rozpoznamy złożenie etruskich liter „I” oraz „L


W drugim przypadku sprawa jest zdecydowanie bardziej skomplikowana.


należy ona do pierwszego wyrazu w zdaniu czytanym od lewej strony na prawą .


Odczytujemy go po etrusku jako „LISZ” co przetłumaczymy na polski jako „LIS”. Odpowiednik znajdziemy np. w czeskim w słowie „LIŠka - lis

Problem jest jednak w tym, że użyta w tym wyrazie etruska litera „SZ” rożni się jednak zdecydowanie od swojej formy którą znamy już z wielu poprzednich tekstów.

Dla przypomnienia, jej prawidłowa forma wygląda następująco:

Musi to być dla nas sygnałem tego, że w tym przypadku mamy do czynienia ze złożeniem liter dla ich zaszyfrowania. Jeśli ligaturę tę rozłożymy na litery składowe to zdanie, przeczytane w odwrotnym kierunku (z prawej na lewą), da nam nowe znaczenie tego napisu.

To złożenie liter znajdziemy, jeśli odwrócimy omawiany znak o 180°.

Natychmiast widzimy, że składa się ona z liter „V” czyli łacińskiego „W” oraz z etruskiej litery „L”.

Po rozwiązaniu tych zagadek jesteśmy w stanie wydzielić w zdaniach poszczególne wyrazy oraz odczytać ich znaczenia.

W przypadku czytania napisu z lewej na prawą mamy do czynienia z następującymi wyrazami



Pierwszym to już omówione słowo „LISZ”. Następnie mamy przyimek „Z
oraz słowo „Milit”. To oznacza oczywiście starożytne miasto Milet.

Zdanie czytamy zatem jako:

LISZ Z MILIT

i tłumaczymy jako:

CHIMERA (LIS) Z MILETU

Możemy z tego wywnioskować, że Etruskowie nadawali swoim mitycznym stworom nazwy znane już im z codzienności.

Oczywiście użycie określenia „LIS” było też podyktowane koniecznością zaszyfrowania tekstu w dwie strony i autor użył określenia „LIS”, jako konieczny zamiennik słowa chimera, dla zaszyfrowania wiadomości, licząc na to, że czytelnik mimo to zinterpretuje je prawidłowo. Zresztą nie było to żadną sztuką, bo sama obecność tego napisu na figurze chimery była tu jednoznaczna.

Znacznie bardziej fascynująca jest wiadomość zapisana w zdaniu czytanym z prawej na lewą gdzie po rozdzieleni ligatury otrzymujemy zdanie



TI LIM CVLIL

Ti „ to częsty w językach południowych Słowian zaimek osobowy „Ty” lub „Cię” lub „Ciebie”.

Wszystko wskazuje na to, że słowo „LIM” jest imieniem własnym twórcy dzieła.

Słowo zaś „CVLIL” przeczytamy jako „SWLIL” i przetłumaczymy jako „odlał”.

W całym szeregu języków słowiańskich znajdziemy odpowiedniki tego słowa, jak np. w czeskim „vylil” czy też rosyjskim „излил”. Forma etruska łączy obie te formy wymowy wyrazu „wylał lub odlał” ze sobą, dając wyraz „SWLIL”.

Tak więc zdanie

TI LIM SVLIL” przetłumaczymy po polsku jako

CIEBIE ODLAŁ LIM

To zdanie ma dla naszej wiedzy o Etruskach pierwszorzędne znaczenie . Po pierwsze, jest jedynym znanym (dotychczas) przykładem podpisania się pod własnym dziełem etruskiego artysty, a po drugie, jest to drugi przypadek w którym w ogóle poznajemy nazwisko etruskiego rzeźbiarza.

Pierwszym jest twórca Apolla z Wejów, .Wulka.


Doniosłość tego, co udało się nam właśnie odkryć, wyrasta jednak znacznie poza zwykłe rozszyfrowanie napisu.

Aby to zrozumieć musimy wgłębić się trochę bardziej w warunki powstania tej rzeźby i w związki Etrusków z Miletem. Spróbujmy więc zgromadzić fakty dotyczące Miletu i Chimery razem i powiązać z tym co udało się nam już wcześniej dowiedzieć o Słowianach z czasów epoki Brązu.

Zacznijmy od samego mitu o Chimerze.
Z treścią mitu możemy zapoznać się np. tutaj:


Oczywiście wersja polska jest skandalicznie skrócona i nie podaje nam większości istotnych w tym przypadku szczegółów. Dlatego radzę przeczytać to w wersji angielskiej, albo sięgnąć do innych źródeł.

Najważniejszą informacją jest to, że Chimera była mitycznym potworem żyjących w rejonie Karii, znajdującej się w południowo-zachodniej części Azji Mniejszej. Ten ziejący ogniem potwor terroryzował okoliczną ludność, zabijając ludzi i niszcząc ich dobytek.

Największym miastem Karii w czasach antycznych był właśnie Milet. Powiązanie Miletu z mitem o Chimerze dokumentowane jest też licznymi jej wizerunkami na monetach bitych w tym mieście.



Kolejną informacja jest to, że koniec tym nieszczęściom zadał antyczny heros o imieniu Bellerofont, zabijając Chimerę.


Imię to zaskakuje nas swoim brzmieniem i nie pasuje nam do tak typowego brzmienia innych greckich imion. Również wytłumaczenie tego imienia jakie wymyślili sobie Grecy nie przekonuje i jest wyraźną próbą włączenia go w obręb tego języka. Bardziej prawdopodobne jest to, że jest ono pozostałością jakichś starszych od greckich lokalnych mitów i nie nie ma nic wspólnego z późniejszym greckim. Podobnie jak to już znamy z innych „greckich” mitów.



Gdzie znajdziemy jednak źródła tego imienia?

Na ten ślad natrafimy wtedy, jeśli zajmiemy się opisem geograficznym tej krainy. Jedną z ważniejszych rzek przepływających przez Karię jest Dalaman Çayı, przynajmniej tak nazywają ją obecnie Turcy.


W starożytności nazywano ją jednak imieniem „INDUS”.

Takim samym imieniem jakie ma najważniejsza rzeka Indii.

Ostatnim elementem w tej łamigłówce jest to, że Milet jest miastem bardzo starym, istniejącym na długo przedtem zanim zdominowali ten region Grecy.

W epoce Brązu tereny te zamieszkiwało plemię LELEGÓW.


Starozytni Grecy zaliczali do tej grupy plemion również niektore plemiona Grecji wlasciwej. Najwazniejszymi przedstawicielami byli mieszkancy Lakonii znani nam bardziej pod mianem Spartanie.


Lud tej krainy zachował język słowiański do czasów prawie ze współczesnych. Również w czasach antycznych Spartanie mówili po słowiańsku. Najważniejszy dowód dostarcza nam wypowiedz najbardziej znanego przedstawiciela Spartan – Leonidasa.

Również Leonidas odpowiadając na poselstwo Persów użył oczywiście języka swoich przodków odpowiadając w mowie słowiańskiej.
Jego odpowiedź brzmiała „módlmy się do Laby”.



Molim to do dzisiaj znaczy u Serbów modlić się. Labą lub po naszemu Ladą nazywali Słowianie boginię wojny ale i też sprawiedliwości i prawa.
Mówiąc to Leonidas miał na myśli to, że wszystko jest w ręku Bogów i to Bóg(owie) rozstrzygnie po czyjej stronie jest racja.


Jeszcze bardziej zaskakujące jest to, że w zapiskach Hetytów plemię Lelegów nazywane jest imieniem „LULAHI”. Od razu możemy się domyśleć, że nazwa ta wywodzi się do słowiańskiego herosa LELE.


Tak więc mieszkańcy tej krainy uważali się zapewne za potomków tego herosa, którego czcili w swoich wierzeniach jako Boga i nazywali siebie samych „LELAHI” lub „LACHI”.


Byli oni potomkami tych Słowian którzy w trakcie inwazji „Ludów morza” na Egipt osiedlili się na terenach Azji Mniejszej.



Cześć tych ludów powędrowała dalej w kierunku Indii, niosąc ze sobą zarówno język słowiański jak i nazywając napotykane po drodze rzeki i góry nazwami która znali ze swojej ojczyzny.
Tak więc i rzeka Indus otrzymała swoją nazwę na pamiątkę krainy z której pochodzili.

Jednym z dopływów Odry jest rzeka Ina zwana też Iną Leniwą.

Całkiem blisko od niej miała miejsce największa bitwa w Europie Środkowej, a może i największa w całym ówczesnym świecie, w której to ekspandujące państwo kultury łużyckiej złamało opór sojuszu plemion Słowian zachodnich, żyjących w pasie od Włoch po południową Skandynawię.


To właśnie wynik tej bitwy zapoczątkował wędrówki tych plemion na południe określane obecnie terminem „Inwazji Ludów Morza”.
Lenić się, spać lub drzemać to po czesku „DOZE” tak samo zresztą jak i w języku etruskim.


Tak więc Przybysze znad Odry nadawali w swojej nowej ojczyźnie napotkanym geograficznym elementom znane im określenia. I jedna z rzek otrzymała nazwę Ina Leniwa „Inados”, którą to nazwę ich potomkowie zanieśli aż do Indii.


Najważniejszą rzeczą było jednak to, że Słowianie zabrali ze sobą do Indii również swoje wierzenia i legendy z których najważniejszą była legenda o LELE i POLELE.
Ten ostatni już w Azji Mniejszej zatracił pierwotne brzmienie swojego imienia, przyjmując imię Balarama, zapewne pod wpływem intensywnych kontaktów z Egiptem.


Lachowie z Karii czcili Balaramę jako swojego wybawiciela od Chimery, ale dla Greków epoki klasycznej słowo to było niezrozumiałe, a więc nadali mu nowe znaczenie i brzmienie zamieniając Balaramę na Bellerefonta.
Sam mit o Chimerze żyje na na terenach z których pierwotnie pochodzili Lachowie do dziś, w formie naszej legendy o Smoku Wawelskim.


Etruskowie byli częścią tej słowiańskiej grupy językowej i utrzymywali ze swoimi pobratymcami z Azji Mniejszej, Półwyspu Bałkańskiego i Bliskiego Wschodu ścisłe kontakty, traktując podania Lachów z Karii za własne.

Jeszcze raz potwierdza się to, że zarówno Grecja jak i cały Bliski Wschód i Azja Mniejsza w epoce Brązu zostały skolonizowane przez Słowian. Ich ślady są wszędzie widoczne i tylko zmasowane zakłamywanie historii ze strony rządzących obecnie elit zapobiega temu, aby spojrzeć na tę epokę naszej historii od prawdziwej jej strony.

Wszystkie fakty leżą jak na dłoni. Jedynego co brakuje, to zdecydowania społeczeństw słowiańskich do odrzucenia „naukowych” kłamstw i do eliminacji ze swoich struktur obcej agentury trzymającej je w stanie duchowego i ekonomicznego zniewolenia.

Translate

Szukaj na tym blogu